Przejdź do głównej treści Przejdź do wyszukiwarki

Moje wspomnienia z przeżyć w Józefowie w latach 1939–1944 – Joanna Łabanowicz

Utworzono dnia 24.08.2015
Czcionka:

Moje wspomnienia z przeżyć w Józefowie
w latach 1939 – 1944

JOANNA ŁABANOWICZ z domu HERC

We wrześniu 1939 roku miałam 7 lat. Ale zamiast iść do szkoły powędrowałam z rodzicami do schronu.

Z lat mojego dzieciństwa zachowałam po dzień dzisiejszy bardzo wiele wspomnień o wydarzeniach z tamtych lat i lat hitlerowskiej okupacji w Józefowie. Bogactwo moich wspomnień zawdzięczam przypadkom, które sprawiły, że widziałam wojnę taką jakiej najczęściej nie widzieli moi rówieśnicy. Wspomnienia moje składają się z większych lub mniejszych epizodów i osadzone są zawsze w Józefowie lub jego okolicach.

W 1939 roku rodzina moja składała się z siedmiu osób. Ojciec Krystian Herc (54) był piekarzem i właścicielem piekarni w Józefowie. Mama Paulina Herc (46) zajmowała się domem i dziećmi oraz sprzedażą w sklepie. Najstarszy brat Edward (25) odsłużył już wojsko i pracował z ojcem w piekarni. Młodszy brat Krystian (16) starał się o przyjęcie do szkoły morskiej. Starsza siostra Marianna (12) chodziła do piątej klasy szkoły podstawowej. Ja-Joanna miałam iść do pierwszej klasy a najmłodsza siostra Lucyna miała dopiero 5 lat.

Szybkimi krokami zbliżała się wojna. Ludność Józefowa zabezpieczała swój dobytek w piwnicach, schronach i przygotowywała się do opuszczenia miasta. Również i moja rodzina szykowała się do przeniesienia na sąsiednią wieś. Z pewnością nastąpiłoby to gdyby nie moja chora noga.

Na początku lipca 1939r. pojechałam z ojcem do Aleksandrowa zaopatrzyć tamtejsze sklepy w pieczywo. Był ładny i ciepły dzień. Gdy wracaliśmy do domu, rozszalała się burza. Nakryliśmy się z ojcem plandeką i tak podążaliśmy do domu. W czasie jazdy siedzenie, na którym siedziałam z ojcem przechyliło się w moją stronę i ojciec opierał się o mnie a ja nogą uderzałam o drabinki furmanki. Skutki tych uderzeń okazały się dla mnie fatalne. Noga zaczęła mi puchnąć i bardzo boleć, nie mogłam chodzić a zbliżała się wojna. Do Józefowa napływało coraz to więcej uciekinierów, którzy kierowali się na wschód. Mieszkańcy Józefowa zaczęli uciekać do sąsiednich wiosek. W mieście nie było już lekarzy. Rodzice szukali dla mnie pomocy. Znajomy z Majdanu Nepryskiego p. Kudlicki znalazł wśród uciekinierów człowieka, który obejrzał moją nogę i powiedział, że mięsień odbity jest od kości i w nodze zbiera się ropa. Polecił Mamie sporządzić maść według jego przepisu i przykładać na bolące miejsce. Jak długo przykładano tę maść nie pamiętam ale wiem, że 12 sierpnia 1939 roku zaczęła mi wypływać z nogi ropa, którą z całych sił wyciskał mi Tatuś. Ból ustępował z każdym dniem.

W dniu 14 sierpnia1939r.,w poniedziałek o świcie, przyszedł z gminy Wawrzyniec Baczmaga i przyniósł kartę mobilizacyjną dla starszego brata Edwarda. Mama płakała i zaczęła pakować kuferek dla brata na drogę, bowiem za kilka godzin miał odjeżdżać pociąg z Długiego Kąta na zgrupowanie. Pakowała suchą kiełbasę, cukier w kostkach, suchary i bieliznę na zmianę. Tatuś siedział w milczeniu, bo wiedział co to jest wojna ponieważ był na pierwszej wojnie światowej w wojsku carskim osiem lat. Ja, mogłam już przy pomocy laseczki chodzić i całej krzątaninie przyglądałam się z uwagą i też płakałam. Patrzyliśmy wszyscy jak Edward się oddala i razem z rodzicami płakaliśmy.

Na ulicy było bardzo dużo obcych ludzi, którzy byli bardzo wystraszeni i ciągle gdzieś biegli. Był wielki chaos. W gminie, w oknie stało radio i nadawało komunikaty o sytuacji w kraju.

Któregoś dnia pokuśtykałam do piekarni i zobaczyłam jak przed piekarnią stoi wielu polskich żołnierzy a ojciec mój wraz z nauczycielką ze szkoły, rozdają przez okno chleb żołnierzom. Żołnierze byli bardzo głodni i spragnieni wody. Gdy wracałam z piekarni zobaczyłam jak jakieś „ typki „ sprzedawały żołnierzom kawałki chleba po 2 zł srebrne, kiedy przed wojną cały bochenek kosztował 50 gr. Powiedziałam o tym Tatusiowi, który mi odpowiedział: „dziecko, na wojnie uczciwi ludzie tracą a nieuczciwi się bogacą”. Zrozumiałam to dużo później.

Mama pomagała uciekinierom, szczególnie kobietom z dziećmi. Gmina część tych ludzi ulokowała w Domu Ludowym, nad sklepem spółdzielczym. Kiedyś tam poszłam, w sali było mrowie kobiet z dziećmi. Zwróciłam uwagę na jedną kobietę, która gotowała zupę w nocniku. Powiedziałam o tym Mamie i Mama dała mi garnek, żebym zaniosła tej kobiecie. Kobieta była bardzo szczęśliwa, dziękowała i dziwiła się skąd ja wiedziałam, że ona nie ma garnka.

Gdy zaczął się zbliżać front, mieszkańcy Józefowa opuszczali domy i udawali się do pobliskich wiosek. Moi rodzice spakowali najniezbędniejsze rzeczy i zabezpieczyli je w piwnicy naszej kamienicy. Myślałam, że my też pójdziemy na wieś ale gdy stanęliśmy przed kamienicą, Tatuś powiedział: ”całe życie pracowałem na to i tego nie zostawię, nie będę się poniewierał z dziećmi „. Z kamienicy wszyscy lokatorzy już pouciekali. W piwnicy mieliśmy materace i zapasy na zimę. Kiszoną kapustę, ogórki w beczkach a w garnkach glinianych smalec i pieczony schab.

W piwnicy współwłaściciela kamienicy Andrzeja Bienia ulokowało się starsze małżeństwo Laskowskich z synem. Rodzina ta miała krowę i mieliśmy mleko.

Front był coraz to bliżej i wystrzały armatnie coraz to głośniejsze. Żołnierze byli głodni i spragnieni wody. Mamusia gotowała kapuśniak dla żołnierzy z myślą, że może też jakaś matka da kromkę chleba jej synowi Edkowi gdzieś na froncie.

Współwłaściciel kamienicy Andrzej Bień założył w swojej części kamienicy restaurację z szyldem „Wyszynk Wódek i Piwa„. Żołnierze dobijali się do tego lokalu ale lokal był zamknięty okiennicami. Sądząc, że to lokal Tatusia, żołnierze kazali Tatusiowi otworzyć wyszynk. Tatuś tłumaczył, że lokal nie należy do niego i nie ma właściciela. Nie dając wiary gonili Tatusia po chodach szukając kluczy.

Mamusia prosiła, żeby nie gonili tak Ojca bo jest chory i ma astmę. Wówczas usłyszała jak jeden z żołnierzy krzyknął: ”daj babie w mordę„.

Gdy ojciec stanął w obronie Mamusi, wówczas jakiś oficer krzyknął : „weźcie starego na bagnety„. Podbiegłyśmy z płaczem do Tatusia i wówczas oficer go zwolnił. Wszyscy wróciliśmy do piwnicy.

Słyszałam jak Tatuś narzekał na Andrzeja Bienia, który przed wojną, w wojskowym mundurze wiecował na trybunie w Józefowie i krzyczał: ”nie oddamy ani jednego guzika, a teraz pierwszy uciekł z Józefowa.

Mama była rozżalona i powtarzała: „ jak to możliwe, żeby polski żołnierz tak potraktował rodziców, którzy sami mają syna na wojnie „.

Była sobota 16 września 1939 roku. Mama poszła do starego domu w pobliżu szkoły. Rozległy się niemieckie strzały armatnie. Jeden z pocisków uderzył w szkolne ustępy, które stały obok szkoły. Ustępy się zapaliły. Mama spieszyła do nas ale żołnierze nie chcieli jej przepuścić, bo był bardzo ostry ostrzał. Kiedy ostrzał osłabł, Mama przybiegła i powiedziała co się stało.

Było ciepło i sucho a wiatr przenosił ogień na dachy drewnianych budynków. W pewnej chwili strzały umilkły. Wyszliśmy z piwnicy i rodzice zdecydowali, że ja (7) i młodsza siostra Lucyna (5) mamy iść do księdza i mamy zabrać ze sobą Żydóweczkę, którą przyprowadziła moja Mama z ulicy. Prawdopodobnie mama jej zmarła. Ja wzięłam obie dziewczynki za ręce i poszłyśmy nie na plebanię do księdza ale do zaprzyjaźnionego z nami księdza - emeryta Józefa Chotyńskiego.

Szłyśmy ulicą zapłakane i widziałyśmy w rynsztokach leżące karabiny, maski gazowe, bagnety, granaty okrągłe i długie, hełmy, szynele wojskowe. Mijał nas żołnierz na koniu i powiedział: „nie płaczcie dzieci” i pojechał dalej. W tym momencie, choć miałam 7 lat, miałam do niego żal, że on taki duży z karabinem i na koniu, pojechał i nas zostawił oraz kazał nam nie płakać.

Szłyśmy dalej pustą ulicą i w końcu dotarłyśmy do zaprzyjaźnionego księdza. Gosposia księdza pani Świstkowa postawiła przed nami miskę gotowanych kartofli w mundurkach. Znowu rozszalała się strzelania i pobiegłyśmy z tymi kartoflami do piwnicy.

Byłyśmy bardzo przestraszone i chciałyśmy wracać do domu.

Strzały ucichły i przyszło do księdza pięciu Żydów w świątecznych strojach z „pacierzami” pod pachą. Pacierze to długie paski zakończone klockami, którymi mężczyźni owijają sobie ręce do modlitwy. Po chwili odeszli.

Była sobota, obowiązywało ich zachowanie święta (szabat).

Wyszłam z księdzem na balkon i zobaczyłam nad Józefowem dym. Józefów się palił. Jak mi Mama później opowiadała, kiedy ogień z sąsiedniego budynku żydowskiego zaczął obejmować naszą kamienicę, Mama prosiła przechodzących Żydów o pomoc ale Żydzi odmówili mówiąc, że dzisiaj mają święto i nawet swojego domu nie będą gasić. Skojarzyłam, że byli to ci sami Żydzi, którzy byli u księdza.

Stałam przez chwilę w ogrodzie u księdza, kiedy znowu wzmogły się strzały a za dachami pobliskich domów unosiły się olbrzymie kłęby dymów z miejsca gdzie stała nasza kamienica. Ksiądz kazał nam wrócić do piwnicy a gosposia dała nam coś do jedzenia, rozścieliła duży kożuch i położyłyśmy się spać.

Następnego dnia była niedziela i postanowiłyśmy wrócić do domu. Niemcy już nie strzelali, było cicho i mglisto. Powoli zbliżałyśmy się do kamienicy ale zamiast kamienicy, stały opalone ściany z dziurami po oknach i drzwiach. Po domach drewnianych zostały tylko kikuty kominów.

Nikogo w pobliżu nie było. Stałyśmy oniemiałe. Zza ulicy wyszła jakaś dziewczyna, zabrała Żydóweczkę i bez słowa odeszła. Zostałam z moją 5 letnią siostrą. Po chwili zjawiła się kobieta z krową, była to pani Laskowska, ta sama, która była w sąsiedniej piwnicy w kamienicy z nami. Pocieszyła nas, że rodzice żyją i wszędzie nas szukają. Zaprowadziła nas do pobliskiego domu, który ocalał z pożaru a właściciele państwo Klejni uciekli na jakąś wieś. Tam właśnie ulokowali się moi rodzice i rodzina Laskowskich. Mamusia na nas widok rozpłakała się a pani Laskowska wydoiła krowę i podała nam mleko.

Okazało się, że rodzice po pożarze szukali nas u księdza na plebani nie przypuszczając, że mogłyśmy pójść do innego księdza.

W Józefowie wypalone zostało prawie całe centrum handlowe i sąsiadujące domy. Miasto było jednym wielkim pogorzeliskiem. Ci, którzy uciekli przed frontem jeszcze nie wracali.

Stałam przed domem, w którym schronili się rodzice, gdy zauważyłam, że od strony Tomaszowa wjechały samochody ciężarowe pełne nieznanego mi wojska. Było to wojsko niemieckie. Za wojskiem tym szli polscy jeńcy, których ulokowali na przykościelnym cmentarzu.

Wtedy wróciliśmy z całą rodziną do starego domu, który ocalał. Mama nie wiem z jakich zapasów zaczęła gotować zupę dla jeńców. Wiem, że były to zupy z kaszą. Ja i starsza siostra Marianna miałyśmy za zadanie brać od jeńców menażki i po napełnieniu je zupą odnosić do jeńców i rozglądać się czy nie ma wśród nich naszego brata Edwarda. Niemcy nie sprzeciwiali się temu co robiłyśmy.

Mieszkańcy Józefowa powoli zaczęli wracać. Jedni nie mieli do czego, inni na swoje pogorzeliska. Proboszcz oddał pogorzelcom całą plebanię. Było również bardzo tłoczno w ocalałych domach prywatnych. Budynki publiczne i szkołę zajęło wojsko niemieckie.

Niemcy dalej sprowadzali jeńców, których rozlokowywali na pobliskich polach. Rodzice poszli wraz z córką Marianną zanieść jeńcom chleb i szukać syna Edwarda. Siostra Marianna rozpoznała znajomego z Józefowa pana Koronę, który poprosił ją, żeby zawiadomiła żonę i żeby przyniosła mu cywilne ubranie. Siostra szybko pobiegła i wróciła z panią Koronową. Mąż po przebraniu się w cywilne ubranie wrócił z żoną do domu. Siostra w nagrodę otrzymała od pani Koronowej ładne, granatowe pantofelki. Syna Edwarda rodzicom nie udało się znaleźć.

Pod koniec września 1939 roku Niemcy opuścili Józefów a do Józefowa wjechały wojska radzieckie niszcząc czołgani jezdnie i chodniki. Wielu Żydów wówczas założyło czerwone opaski i chodzili z karabinami.

Pewnego dnia wracałam z Ojcem z domu żałoby pp. Krzaczków, którym zmarła córka, która była ciężko ranna w czasie ataku Niemców na Józefów. Podszedł do nas młody Żyd z karabinem i zawołał do tatusia: ”Obywatelu do domu, bo strzelbuję”. Robił się zmierzch, Żyd oparł karabin o bruk a my odeszliśmy.

Żołnierze radzieccy i Żydzi zaczęli się panoszyć. Opanowali Urząd Gminny i odgrażali się Polakom. Kiedyś żołnierz radziecki usiłował ściągnąć obrączkę ślubną z palca mamusi kalecząc palec do krwi.

Pewnego dnia podjechał pod nasz dom oficer radziecki na koniu i powiedział Mamie, że zabiera nam naszego konia i zostawia nam swojego. Protesty na nic się nie zdały. Oficer konia zabrał i pojechał. Okazało się, że pozostawiony koń jest wierzchowcem i do zaprzęgu się nie nadaje. Przy pierwszym zaprzęgu koń rozwalił wóz i uciekł.

Nie była to jedyna nasza strata w okresie rządów radziecko-żydowskich Józefowie. Pewnej nocy Żydzi zapalili nam resztki ocalałej z pożaru odzieży, która była w schowku. Tatuś poszedł do gminy ze skargą na Żyda. Wówczas usłyszał, że jak jeszcze raz przyjdzie ze skargą na Żyda to go zastrzelą.

Rządy radziecko-żydowskie w Józefowie szybko się skończyły. Do Józefowa znowu wróciło wojsko niemieckie. Wszyscy Żydzi z czerwonymi opaskami zniknęli. Mówiono, że byli komunistami i wyjechali razem z Armią Czerwoną.

Niemcy zaczęli się zagospodarowywać. Otworzyli mleczarnię, wybudowali suszarnię cebuli i pozwolili Polakom otwierać sklepy i warsztaty rzemieślnicze. Otworzyli posterunek policji i pozwolili otworzyć szkołę.

Na otwarcie szkoły Niemcy kazali przynieść podręczniki do historii, geografii i języka polskiego i złożyć je na placu przed szkołą, obok remizy strażackiej. Następnie Niemcy wszystkie książki podpalili.

Ja szłam we wrześniu 1939 roku do pierwszej klasy szkoły podstawowej. W głównym budynku uczyły się klasy od IV do VII a młodsze klasy rozmieszczone były w domach prywatnych.

Uczyliśmy się z wydawanych przez Niemców w języku polskim „Sterów„ i książek rachunkowych. Wiersze pisano na tablicy i uczyliśmy się ich na pamięć.

Wiosną 1940 r, Niemcy nałożyli na szkołę obowiązek zbierania ziół. Zbieraliśmy pokrzywę, miętę, pokrzywę białą i rumianek. W czasie wakacji Niemcy kazali kierownikowi założyć hodowlę jedwabników. W szkolnym ogrodzie rosły morwy. Pomagałam dzieciom kierownika Irenie (11) i Bogdanowi (8) zrywać liście morwy, bo te jedwabniki były bardzo żarłoczne.

Do otwartej mleczarni w budynku Adama Marta przy ulicy Piłsudskiego (obecnie Kościuszki) rolnicy przywozili mleko, które było na miejscu odwirowywane na śmietanę. Początkowo można było kupować chude mleko ale później zabroniono sprzedaży.

Kiedyś woźny z Urzędu Gminy wyszedł na ulicę z bębnem i ogłosił, że wszyscy mieszkańcy Józefowa mają obowiązek przynieść do Urzędu wszystkie przedmioty z mosiądzu.

Mieszkańcy zdejmowali klamki z drzwi, lichtarze i inne przedmioty z mosiądzu i zanosili do gminy.

Tatuś zaniósł dwa piękne samowary a z kościoła kazano zdjąć dzwony i zawieść do Biłgoraja. Dzwony zdjęto, odwieziono je do gminy ale do Biłgoraja nie dotarły. Nie pomogły poszukiwania i wyjaśniania co się stało z tymi dzwonami Nikt nic nie widział i nie słyszał z mieszkańców Józefowa na ten temat. My, jako dzieci krążąc ustawicznie po mieście zauważyłyśmy, że na cmentarzu obok mogił żołnierzy polskich, pojawiła się nowa mogiła. Ale o tym nic nikomu nie mówiłyśmy. Po wojnie dzwony pojawiły się znowu na dzwonnicy a mieszkańcy na ich dźwięk płakali. Ale niektóre dzieci wiedziały, gdzie były schowane przed okupantem.

Do wybudowanej suszarni na placu spółdzielczym, gdzie stały magazyny, zaczęto przywozić cebulę. Miejscowe kobiety obierały, kroiły, układały na sita a sita ustawiały na stojakach. Podobno wysuszoną cebulę wysyłano dla żołnierzy niemieckich na front wschodni.

W Józefowie odbywały się normalne poniedziałkowe targi. Kobiety ze wsi przynosiły w koszykach masło, jajka, ser i kurczaki. Do Józefowa na ten dzień przyjeżdżało dużo osób z Warszawy po zaopatrzenie.

Wiele z nich zatrzymywało się u nas w domu. Niektóre produkty pakowano do paczek i wysyłano pocztą. Mieli już przygotowane kartki z adresami i przyklejali je na paczkach. Jeden taki adres pamiętam : Warszawa-Grochów ul.Igańska 4.

Z Warszawy przywożono za żywność na wymianę odzież, obuwie, książki itp. Mamusia kupiła dla mnie do I komunii świętej materiał na sukieneczkę i na welonik. Od jednej z pań dostałam książeczkę o św. Teresie. Byłam już w drugiej klasie.

Niemcy coraz bardziej zaczęli ograniczać Polaków.

Zaczęli kobietom ze wsi idącym na targ odbierać nabiał i kurczaki. Zakazano uboju świń pod groźbą więzienia.

Z posterunku usunięto miejscowych policjantów granatowych.

Na ich miejsce sprowadzono granatową policję podobno z Poznańskiego. Wiem, że komendantem był policjant o nazwisku Flisikowski, miał żonę i córkę Jadzię. Był też policjant Łusiak - kawaler i policjant o nazwisku Potsman, który miał żonę i gromadkę dzieci.

Ten policjant przyszedł do nas, żeby mu wskazać gosposię, która ma krowę, bo chciałby aby jego dzieci piły świeże mleko bezpośrednio od krowy. Znaleźliśmy taką gosposię panią Krzaczkową i codziennie o zmierzchu przyprowadzałam te dzieci do tej gosposi na świeże, ciepłe, jeszcze z pianką mleko prosto od krowy.

Byli jeszcze inni policjanci bez rodzin. Jeden z nich poszedł wieczorem na jakąś akcję i zginął między Pardysówką a Hamernią. Zwłoki zostały złożone w kościelnej dzwonnicy. Pobiegłam je oglądnąć i zobaczyłam jak jakaś pani płakała i mówiła: „Włodku, co tu robisz” - zapamiętałam to imię.

Komendant z rodziną mieszkał w parterowym domu Juliana Czaporowskiego, miejscowego organisty przy ulicy Kościelnej.

Pewnego ranka Mamusia dowiedziała się, że Niemcy aresztowali dwóch synów dziedzica pobliskiego majątku w Izbicy. Aresztowani byli oficerami wojska polskiego. Niemcy aresztowali również księdza Widawskiego, który był w Józefowie znanym społecznikiem.
Był to dla nas szok.

My ciągle nie wiedzieliśmy co się dzieje z naszym bratem Edwardem.

Do Józefowa zaczęły przyjeżdżać transporty Żydów z Poznańskiego. Lokowano ich wśród miejscowych Żydów. W mieszkaniach żydowskich był ogromny tłok. W cieplejsze dni życie ich przenosiło się przed domy. Wszyscy Żydzi musieli nosić na rękawach opaski z Gwiazdą Dawida.

Początkowo przybyłym Żydom jakoś się wiodło ale z czasem zapasy się wyczerpały i zaczął się głód. Wówczas Żydzi zorganizowali sobie „ głodną kuchnię „ i własną władzę.

Ci, którzy coś potrafili robić, zaczęli zajmować się krawiectwem, szewstwem itp.. Kobiety robiły na drutach lub wykonywały na maszynie skarpetki. Mężczyźni pracowali przy robotach leśnych i robotach drogowych. Krawcowe z Poznańskiego bardzo ładnie szyły. Widziałam pięknie uszyte kostiumy dla córki komendanta policji - Jadzi Flisikowskiej.

Dla mnie krawiec uszył ze starego płaszcza mamusi bardzo ładny płaszczyk z czapeczką i mufką.

W domu, w którym mieszkaliśmy, mieszkali też Żydzi. Jeden z nich robił drewniaczki dla pań. Były piękne. Były na wysokich obcasach, na” saneczkach” z ciemnego i jasnego drzewa. Mnie i młodszej siostrze zrobił drewniaczki z biało-czarnymi plecionymi paskami.

W jednej żydowskiej rodzinie był chory syn. Przywieźli oni ze sobą maszynę do robienia skarpet. Matka tego chorego syna chodziła do polskich domów i zbierała stare skarpety z których chory syn na maszynie robił nowe skarpety.

Kiedy syn zmarł, matka jego przyszła do nas z propozycją kupna tej maszyny. Brat kupił ją dla nas. Maszyna w walizce leżała w domu. W czasie różnych pacyfikacji, mieszkanie nasze było ciągle plądrowane. Ktoś otworzył walizkę i nie wiedząc do czego służy maszyna, ze złości „narobił” na nią i maszynę pozostawił.

Po wojnie pewna kobieta z Warszawy przyszła do nas do piekarni po chleb i usłyszała historię tej maszyny i postanowiła ją od nas odkupić. Okazało się, że syn jej w 1939 roku stracił nogę i był zainteresowany pracą rękodzielniczą. My byłyśmy za małe, żeby na niej móc pracować. Na pamiątkę zostawiłam sobie igłę trykotarską, którą mam do dzisiejszego dnia.

Zima w 1940/1941 była bardzo ostra. Nie było czym ogrzewać mieszkań. W wielu mieszkaniach pojawiły się piecyki z blachy, które szybko ogrzewały mieszkanie i oszczędzały opał. Jednak problemem było to, że nie można było się do nich zbliżać a gdy ogień zgasł momentalnie było zimno.

Wspominałam o Żydówkach, które robiły na drutach. W zimnych mieszkaniach ręce marzły i bardzo trudno było robić szybko na drutach. Dlatego też żydówki szukały ciepłych miejsc. Martowa Leonowa, której dom też się spalił, mieszkała na plebanii w dużej kuchni. Miała czworo małych dzieci i musiała ogrzewać mieszkanie. Odstąpiła Żydówkom spiżarkę, do której dochodziło ciepło z kuchni. Siedziały ściśnięte na krzesełkach i robiły garsonki dla żon urzędników. Podobało mi się to, co one robią i poprosiłam brata Krycha, żeby mi przyniósł dwie naostrzone szprychy z roweru i zaczęłam uczyć się od nich robić na drutach. Miałam 9 lat i szybko sama zrobiłam sobie sweterek z golfem.

Polacy zaczęli nielegalnie „pędzić” bimber. Kupowali na wsiach żyto i ziemniaki, robili zaciery i przepuszczali przez różne rurki. Widziałam w mieszkaniach wiele aparatów do produkcji samogonu. Słyszałam, że najlepszy samogon jest z żyta. Żeby sprawdzić, nalewano samogon na łyżkę i podpalano. Jak zapalił się, był dobry. Handlowano tym „bimbrem” i za zarobione pieniądze pogorzelcy kupowali kamień wapienny i wypalali wapno. Kiedy wypełniono dół zlasowanym wapnem i wapno ostygło, zasypywano dół piaskiem. Był już przygotowany najważniejszy materiał do budowy.

Żydzi z powodu głodu, brudu, ciasnoty i zimna zaczęli chorować na tyfus. Niemcy zarządzili aby na drzwiach mieszkań, w których są chorzy, wywieszać kartkę z napisem „TYFUS”.

Niemcy bardzo się bali tej choroby.

W trudnej sytuacji znaleźli się nauczyciele. Dla wielu z nich nie było pracy. W Józefowie była tylko Spółdzielnia Spożywców. Niemcy wprowadzili kartki żywnościowe a Spółdzielnia musiała obsłużyć całą gminę i potrzebowała więcej pracowników. Kierownik spółdzielni Mikołaj Malawski postanowił zatrudnić ich w sklepie. Kartki trzeba było wycinać, naklejać na większe arkusze papieru i rozliczać ze sprzedanego towaru.

Józefów nie miał elektryczności. Przed wojną budowana była linia ze Stalowej Woli ale wojna przerwała prace. Z naftą też były trudności. Niemcy sprowadzili karbid w metalowych beczkach. Miejscowi blacharze z zebranych pocisków artyleryjskich zdejmowali gilzy, przecinali je i robili puszki na karbidówki. Wielu na tej produkcji dobrze zarabiało.

Pamiętam jak na ślubie Muńka Maśki jego drużba kładł sobie pod kolana banknoty stuzłotowe. Inni ratowali się czym mogli. Pamiętam również, jak pani doktorowa Lesiukowa często wysyłała mnie do państwa Bartoszewskich z kiszonymi ogórkami, którzy mieszkali wówczas u pana Wawrzyńca Puźniaka przy ulicy Biłgorajskiej.

W 1941 roku. przyszła od brata Edwarda wiadomość, że został wzięty do niewoli pod Sochaczewem. Teraz jest w Niemczech i pracuje u piekarza. Pocieszał rodziców, że wojna się wkrótce skończy i będziemy razem.

Ludzie coraz częściej mówili: „im słońce wyżej, tym Sikorski bliżej”

Ja skończyłam drugą klasę i umiałam już pisać. Pod dyktando rodziców pisałam listy do brata.

W Józefowie jednak nie zanosiło się na spokojne życie. Przez Józefów zaczęły przejeżdżać wozy z zaopatrzeniem dla wojska niemieckiego na wschodzie. Od zmierzchu przejeżdżały armaty i działka oraz inny sprzęt bojowy. Nie wolno było wychodzić na ulicę. Kiedyś z młodszą siostrą usiadłyśmy wieczorem na schodach domu, zaraz przyszedł oficer niemiecki z nahajem, nakrzyczał na nas i uciekłyśmy do mieszkania.

Był miesiąc czerwiec 1941r. Chodziłam z dziećmi z całej parafii józefowskiej na przygotowanie do I Komunii Świętej. Mamusia przygotowała mi sukieneczkę białą i welonik z materiałów kupionych od warszawskich handlarek za mąkę i słoninę.

Rano 19 czerwca 1941roku, był piątek, szłam z młodszą siostrą Lucyną do rodziców na śniadanie, ponieważ spałyśmy w budynku piekarni. Spotkała nas sąsiadka pani Puźniakowa i powiedziała: „nie macie już mamy”. Spojrzałyśmy na siebie i powiedziałam do siostry: „ona nas nie poznała”. Poszłyśmy dalej. Kiedy doszłyśmy do mieszkania, w progu stał tatuś, objął nas i powiedział: ”moje dzieci, nie macie już Mamy„. Mama miała 48 lat i na wieść o nowej wojnie niemiecko-radzieckiej dostała w nocy ataku serca. Na następny dzień w sobotę odbył się pogrzeb. Po pogrzebie poszłam do kościoła do pierwszej spowiedzi.

W niedzielę o świcie zaalarmował nas brat Krych, że w nocy Niemcy wypowiedzieli wojnę Związkowi Radzieckiemu.

Zerwaliśmy się z łóżek. Krych pobiegł po rydel, tatuś pakował resztki ubrań, które były w szafie razem z moją białą sukienką i welonikiem i poszedł z Krychem wszystko zakopać.

Zostałyśmy same, starsza siostra Marianna (14), ja-Joanna (9) i młodsza siostra Lucyna (7). W pewnej chwili coś huknęło, okna się otworzyły, szyby wypadły a za oknami podniósł się tuman kurzu. Okazało się, że to „Gruba Berta” wystrzeliła na torach w Majdanie Nepryskim.

Przerażenie było wielkie i nie wiedziałyśmy co robić. Tatuś z Krychem nie wracali, kopali schron. Postanowiłam iść do kościoła sama. Zajrzałam do szafy, nie znalazłam sukienki, został tylko płaszczyk. Rano było chłodno, ubrałam płaszczyk i poszłam do kościoła.

W bramie kościelnej stał karabin maszynowy i dwóch żołnierzy niemieckich. Prześliznęłam się przez furtkę. W kościele była nas mała grupka a koleżanka moja Mirka Miącówna wyglądała jak biały motylek a ja byłam w płaszczyku i było mi bardzo smutno.

Wróciłam do domu, byłam bardzo głodna. Starsza siostra postanowiła ugotować zupę kartoflaną. Obrałyśmy kartofle, marchewkę i gotowałyśmy. Wrócił Tatuś z Krychem i zjedliśmy „ten uroczysty, niedzielny, komunijny obiad”.

Walki przeniosły się na wschód i w Józefowie był spokój.

Tatusiowi trudno było się pogodzić z nową sytuacją rodzinną. W lipcu 1941r. młodsza siostra Lucyna zaczęła skarżyć się na ból głowy. Nie było lekarzy więc poszłam z nią do apteki. Ponieważ budynek apteki w Józefowie spalił się, właściciele apteki z uratowanymi lekami przeprowadzili się do nowo wybudowanego przed wojną budynku nadleśnictwa. Budynek był obszerny. Na piętrze była apteka i mieszkanie aptekarza. Aptekarz dał nam jakieś lekarstwo i powiedział, że siostra ma anemię.

Po wakacjach 1941roku tatuś dostał od władz niemieckich polecenie aby piekł chleb na kartki. Ucieszył się, że będzie praca i zarobek. Nikt nie spodziewał się najgorszego. Podczas obowiązkowych badań na kartę zdrowia, lekarz niemiecki stwierdził, że Tatuś ma chore płuca. Tatuś nie mógł podjąć pracy w piekarni. Za zgodą władz, zastąpił go młodszy syn Krystian, bo miał już 18 lat.

Zatrudniony został kwalifikowany piekarz i pomocnik. Tatuś opadał z sił. Musieliśmy się podzielić obowiązkami. Brat Krystian (18) pilnował pracy w piekarni, przydziału mąki na chleb, przydziału drewna i rozliczeń finansowych. Starsza siostra Marianna (14) prowadziła dom i opiekowała się najmłodszą siostrą Lucyną (7). Mnie-Joannie (9) przypadła rola pielęgniarki i opieki nad chorym tatusiem.

Chodziłam już do trzeci klasy szkoły podstawowej. Zbliżała się zima. Umieściliśmy tatusia w budynku, w którym była piekarnia. Byłam w jednym pokoju z Tatusiem. Musiałam dbać, żeby w pokoju było ciepło. Paliłam w piecu rano i wieczorem. Pilnowałam, żeby w pokoju zawsze było światło. Wstawałam w nocy i dolewałam nafty do lampy. Przynosiłam posiłki, pomagałam przy myciu tatusia i robiłam wiele rzeczy, które wymaga chora osoba. Poza tym chodziłam do szkoły.

Zima była bardzo mroźna. Buty przemakały, odzież była licha. Żołnierze niemieccy wracali ze wschodu z odmrożonymi uszami a we Lwowie panował wielki głód. Polakom wolno było jeździć koleją i jeździli do Lwowa z żywnością. Brat przywiózł kiedyś ze Lwowa za chleb męskie ubranie dla tatusia.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia 1941roku.Przygotowalśmy kolację w pokoju w którym Tatuś. Był barszcz czerwony, kluski z żytniej razowej mąki i kapusta z kartoflami. Było bardzo smutno. Po kolacji Tatuś powiedział: „ ja wam chyba niedługo umrę „. Rozpłakałyśmy się wszystkie. To była nasza najsmutniejsza wigilia.

Przychodzili do Tatusia lekarze. Doktor Lesiuk z Józefowa i doktor Kazimierz Białoszewski (warszawiak) ale byli bezradni bo sami nie wiedzieli co to za choroba.

Był dzień 27 stycznia 1942 roku. Jak zawsze poszłam po obiad. Kiedy wróciłam, tatuś nie mógł mówić. Patrzył na mnie ale nie mówił. Przestraszyłam się ponieważ nikogo poza mną nie było w domu. Na szczęście do piekarni przyszedł brat Krystian. Zaczęliśmy organizować pomoc. W pobliżu mieszkał lekarz. Wezwaliśmy go ale nic nie mógł zrobić.

Sprowadziliśmy księdza ale on mógł dać jedynie tylko oleje święte,bo Tatuś nie mówił. Spoglądał na otwierające się drzwi i czekał na najstarszego syna Edwarda, który miał przyjechać na urlop z niewoli niemieckiej.

Tatuś zmarł w następnym dniu o piątej rano. Tatuś wiedział, że staramy się przez gminę w Józefowie o urlop dla brata z uwagi na śmierć matki i ciężką chorobę tatusia oraz młody wiek pozostawionych bez opieki osieroconych dzieci.

Brat przyjechał dopiero 2 lutego, już po pogrzebie ojca. Brat wtedy zobaczył jakie wielkie spustoszenie zrobiła wojna w naszej rodzinie. Nie było rodziców, nie było kamienicy, nie było sklepu, nie było konia i środków do życia. Była tylko gromadka rodzeństwa (19,15,10,8 lat) wymagająca opieki. Dzięki zezwoleniu niemieckiemu na wypiek chleba, brat mógł organizować nasze życie od nowa.

W 1942 roku Niemcy zaczęli organizować robocze grupy pracowników leśnych, złożone z Żydów. Trzeba było zwolnić pracowników z piekarni, bo byli Żydami. Brat Edward razem z młodszym Krystianem sami podjęli pracę w piekarni.

Żydzi codziennie idąc do pracy w lesie, w marszu musieli śpiewać następującą pieśń:

Jak był Śmigły - Rydz,
Żydzi nie robili nic.
Jak przyszedł Hitler złoty,
Nauczył nas roboty.
Wpierw jedliśmy kury, kaczki,
Teraz nosim żółte znaczki.” (gwiazdy Dawida)

Wtedy zaczęły się pierwsze likwidacje Żydów. Każdy słaby Żyd w szeregu ginął zastrzelony w czasie marszu. Niemcy przyznali Polakom kartki żywnościowe, na których był chleb marmolada i kilka dekagramów mięsa. Po marmoladę trzeba było stać w długiej kolejce, ale nie zawsze dla wszystkich starczyło. Dlatego ja chodziłam do spółdzielni bardzo wcześnie i pilnowałam dostawy towaru oraz zajmowałam dobre miejsce w kolejce.

W tym czasie polska młodzież zaczęła produkować papierosy. Przywożone liście tytoniu, które wymagały przygotowania i obróbki. Liście trzeba było wygładzać, zwijać w rulon i bardzo cienko kroić. Pokrojony tytoń roztrząsało się jak makaron i suszyło na arkuszach papieru. W sklepie kupowało się papierowe gilzy po 100 sztuk i specjalną maszynką wciskało się tytoń do papierowej lufki. Pomagałam kolegom przy tej produkcji i byłam nawet chwalona za staranną pracę. Chłopcy z tymi papierosami jeździli w pociągach i tam je sprzedawali.

Niemcy coraz bardziej terroryzowali Żydów. Zabijali ich już na ulicy za byle jakieś przewinienia. Na ulicy pozostawiali trupy przez wiele godzin a następnie innym Żydom nakazywali sprzątać zwłoki.

Ja widziałam zabite te osoby, ich twarze potrzaskane i błagalne oczy. Coraz większy strach ogarniał mnie. W dniu 13 lipca 1942 roku, w poniedziałek obudził mnie hałas w naszym domu. Niemcy wypędzali Żydów z mieszkań. Wszystkich prowadzali na Rynek a z Rynku wywozili do lasu i tam ich rozstrzeliwali oraz wrzucali do dołów. O zmierzchu w Józefowie nie było już Żydów. Została tylko pustka i cisza.

Kończył się 1942 rok. Widać było wśród mężczyzn dziwne poruszenie. Siedzieliśmy z sąsiadami pp. Puźniakami przy kolacji wigilijnej kiedy z zewnątrz zaczęły dochodzić strzały i odgłosy nerwowej bieganiny. Do naszego mieszkania wbiegł Muniek Maśko z karabinem. Dla nas dzieci był to niesamowity widok. Bracia szybko wyszli z nim z mieszkania. Po chwili wrócili żeby nas uspokoić. Sąsiadka szepnęła, że to źle wróży na następny rok. Już od 30/31 grudnia 1942 roku zaczęły się detonacje na stacjach kolejowych w Krasnobrodzie i Suszcu. Wylatywały w powietrze wieże ciśnień, tory kolejowe i mosty. Niemcy rozpoczęli pacyfikację wiosek.

Był początek lutego 1943 roku. Bratowa moja obudziła nas wcześnie rano i kazała szybko się ubierać. Bez śniadania poszłyśmy wszystkie do Borysów, którzy mieszkali na skraju Józefowa. Było tam już kilka osób ale nie było wśród nich mężczyzn. Kobiety chodziły niespokojne i popłakiwały. Czas mijał i nikt nie wiedział co się dzieje.

Pewnego popołudnia, moja bratowa nalała do dzbanka kapuśniaku i kazała mi zanieść do pobliskiej wioski - Morgi na Górę Winiarczyka, do domu stojącego na jej szczycie. Nigdy tam wcześniej nie byłam. Miałam wtedy 11 lat. Kiedy szłam, padał śnieg, było zimno i pusto na ulicy. Mijał mnie niemiecki patrol ale mnie nie zatrzymał. Przechodziłam obok domu, w którym mieszkali pp.Miącowie. Córka pp. Miąców jeździła na sankach. Ponieważ byłyśmy koleżankami i siedziałyśmy w szkole w jednej ławce, zatrzymałam się na chwilę i zapytałam ją gdzie jest jej tatuś ponieważ wszyscy mężczyźni w Józefowie gdzieś zniknęli. Powiedziała mi, że jestem za głupia, żeby mi to powiedzieć. Poszłam dalej i bez trudu znalazłam dom, do którego szłam.

Kiedy otworzyłam drzwi, przeraziłam się. W izbie było dużo mężczyzn. W kącie stały karabiny. Na ścianach wisiały pasy z nabojami a nad paleniskiem wisiały onuce. Z przerażenia wyrwał mnie młodszy brat Krych, który chwycił mnie na ręce i zawołał - moja siostra. Wtedy zaczęłam poznawać innych Byli wśród nich nasi sąsiedzi, znajomi i kuzyni. Wszedł starszy mój brat Edward i przerażony zapytał - co ty tutaj robisz ?. Odpowiedziałam, że „ przyniosłam wam kapuśniak „. Kazał mi szybo wracać do domu i nikomu nic nie mówić. Pan Miąc też tam był.

Pewnego dnia pod koniec lutego 1943 roku, znowu bratowa obudziła nas bardzo wcześnie rano i znowu poszliśmy do Borysów i znowu nie było mężczyzn. Tym razem przyszli po nas Niemcy i kazali nam iść do Domu Ludowego. Mieli sprawdzać dokumenty.

Na olbrzymiej sali było już kilkadziesiąt osób. Weszłyśmy jako dzieci na scenę, żeby móc lepiej obserwować co się będzie działo na sali. Sala zapełniała się ludźmi a co pewien czas wchodził oficer niemiecki i odczytywał z listy nazwiska osób podejrzanych. Osoby, które się zgłosiły, przechodziły do innej sali.

Jak zorientowaliśmy się, Niemcom zależało szczególnie na rodzinach osób, które poprzedniej nocy zostały odbite z posterunku policji w Józefowie. Byli nimi : Konrad Bartoszewski ps. „Wir” i Hieronim Miąc ps. „Korsarz”. Trzymali nas bardzo długo i zagrozili, że jeżeli ze strony partyzantów padnie choć jeden strzał, to wszystkich nas rozstrzelają. Ludzie klękali prosząc Niemców o litość. Było bardzo dużo małych dzieci ale Niemcy byli jak głazy.

Kiedy na salę weszła rodzina Konrada Bartoszewskiego (ojciec, matka i siostra), jedna kobieta, ich sąsiadka, krzyknęła do Niemca, że to oni są rodzicami odbitego Konrada. Widziałam to na własne oczy i do dzisiaj nie mogę zrozumieć dlaczego tej kobiety nie spotkała żadna kara ani w czasie okresu partyzanckiego ani po wojnie.

Niemcy zaraz zabrali rodzinę Bartoszewskich, a reszcie zebranym kazano zejść na rynek. Przed tłumem ludności, na zgliszczach spalonego w 1939 roku domu ustawiono: ojca, matkę i siostrę Konrada. Przed nimi ustawił się pluton egzekucyjny i na rozkaz oddał salwę do stojących. Kiedy padli, podszedł do nich oficer Niemiecki i oddał strzał z pistoletu do każdej z ofiar.

Siedziałam w dołku po spalonych 1939 roku nowo wybudowanych 20-tu polskich sklepach (jeden był też nasz) i wszystko widziałam. Nagle usłyszałam krzyk i tłum zafalował. To Niemiec krzyczał, żeby rozejść się. Każdy biegł w inną stronę, żeby być jak najdalej od tej egzekucji. Ja pobiegłam do domu z siostrami i bratową

Dom był otwarty i splądrowany. Zabraliśmy potrzebne ubrania i uciekaliśmy w topniejącym śniegu do wsi Nowiny. Tam mieszkała siostra bratowej.

Baliśmy się, że Niemcy teraz po egzekucji sięgać będą do rodzin, których mężowie lub synowie są w partyzantce. Ktoś przecież mógł Niemcom donieść, że u nas w rodzinie jest dwóch braci w partyzantce.

Gdy tak brnęliśmy przez topniejący śnieg i kałuże wody, zauważyłam sanie a na saniach Mirkę Miącównę z mamą, które miały też być zabite przez Niemców za odbitego z posterunku policji ojca Hieronima Miąca. Biegłam za saniami i krzyczałam: „nie wracajcie do Józefowa, tam są Niemcy i czekają na was”. Ale furman przyspieszył i szybko się oddalił. Całą noc wołałam we śnie, ostrzegając Mirkę.

W Nowinach byliśmy kilka dni. W tym czasie miałam okazję pojechać „kolibą wąskotorową” do obozu w kamieniołomach w Błotku, gdzie więźniowie pracowali pod niemieckim nadzorem. Potem poszliśmy do Ciotusze, ponieważ tam mieszkali rodzice bratowej z jej siostrami.

Pamiętam, że co wieczór przychodziły do tego domu panienki z robótkami na drutach. Wszystkie robiły swetry, być może dla swoich chłopców w partyzantce. Gosposia przędła lniane nici, którymi wzmacniała włóczkę, żeby swetry były mocniejsze.

Nadszedł Popielec. Wszyscy szli do kościoła do Majdanu Sopockiego. Ja z młodszą siostrą Lucyną poszłyśmy także. Był luty, było zimno, nabożeństwo odprawiano w wiejskiej chacie, bo Niemcy zajęli kościół. W izbie było bardzo zimno i bardzo zmarzłyśmy.

Po powrocie, gosposia dała nam gorącą zupę z suszonych gruszek zabielaną mąką i kartofle ugniecione z utartym makiem. Potrawy były nawet smaczne. Jak długo byliśmy w Ciotuszy nie pamiętam ale w tym czasie też zdążyłam sobie zrobić na drutach sweterek z golfem. Przed Wielkanocą wróciliśmy piechotą (11 km) do Józefowa.

Brat Edward przygotował dla nauczycieli paczki świąteczne, ponieważ nauczyciele byli w bardzo trudnych warunkach życiowych. W paczkach był chleb, mąka, słonina, kasza i mydło.

Roznosiłam te paczki z młodszą siostrą Lucyną. Otrzymywałyśmy od nauczycieli w prezencie wycinanki z kolorowego papieru.

W 1943 roku coraz częściej rozchodziły się pogłoski o partyzanckich potyczkach z Niemcami. Grasowało też wiele band i złodziei. W Józefowie zorganizowano warty, które miały za zadanie ostrzegać mieszkańców przed bandami i Niemcami.

W dniu 19 marca 1943 roku w Józefowie był właśnie odpust, gdy na drodze z Łukowej do Józefowa bandyci napadli i zamordowali wracających z zakupów z Łukowej Leona Marta, który był właścicielem restauracji w Józefowie, Marię Droździel z Brzezin, Małkową z Łukowej i ciężko ranili Mariannę Martową z Buliczówki. Wszyscy jechali na jednej furmance Leona Marta. M. Droździelową i Marianną Martową (bratową Leona) przywieziono do Józefowa. Małkową mąż zabrał z miejsca zbrodni do domu do Łukowej.

Wracałam z kościoła i na wieść o zbrodni pobiegłam do Martów. Widok był przerażający. Poszarpane twarze, krew i rozpacz rodziny. Leon Mart miał żonę i 5-cioro dzieci. Mariannę Martową zawieziono do szpitala w Biłgoraju. Przeżyła. Zmarła dopiero w 1977roku, mając 87 lat.

W dniu 29 marca 1943r. od strony Pardysówki Dużej rozległy się strzały. Ktoś przebiegł obok naszego domu i zawołał: „Pardysówka się pali”. Ja weszłam po drabinie na dach naszego domu (miałam 11 lat) i zobaczyłam jak nad drzewami Choiniastej Góry unosi się ciemny dym.

Niemcy pacyfikowali wieś. Słyszałam jak ludzie mówili, że Niemcy podpalali wieś, kiedy mieszkańcy jeszcze spali. Strzelali do tych,którzy próbowali uciekać a małe dzieci wrzucali do dołów z gaszonym wapnem. Resztę mieszkańców, którym udało się przeżyć, Niemcy wywieźli do obozu na Majdanek.

Po odejściu Niemców, mieszkańcy pobliskich wsi i Józefowa, odważyli się pójść na miejsce pacyfikacji. Zastali zgliszcza domów a w schronach zwłoki zaduszonych ludzi z powodu braku powietrza. Ludzie bali się, że Niemcy mogą tak samo postąpić z nimi i ich wioskami

Rok 1943 był bardzo niespokojny. Chodziłam do czwartej klasy. Już nie było wyższych klas. Przed lekcjami dowiadywaliśmy się, kto w nocy zginął i zamiast iść do klasy biegliśmy do domów ofiar. Byliśmy w domu Buraka, w domu Poldka, który miał restaurację, w domu Michalskich, który zginął a żona była ciężko ranna.

Furman, który wiózł ją do szpitala w Biłgoraju zatrzymał się przy naszej szkole. Wyszła ze szkoły Pani Fuchsówna i pożegnała się z nią i furman odjechał. Później się okazało, że pani Michalska zmarła w szpitalu. W domu została jeszcze przerażona babcia i mała wnuczka Basia.

Za kilka dni dowiedziałam się, że w leśniczówce, chyba na Fryszarce zginął leśniczy Nazarewicz i jego żona. Zwłoki przywieziono do nadleśnictwa w Józefowie. Byłam tam, zwłoki leżały w hallu na podłodze.

W Józefowie i okolicy wzmagał się w stosunku do polskiej ludności terror hitlerowski.

Przed końcem roku szkolnego 1943/44 w maju, pod szkołę podjechały samochody ciężarowe z wojskiem niemieckim. Była przerwa, biegałyśmy po klasie i zobaczyliśmy przez okno te samochody i żołnierzy niemieckich. Otworzyliśmy okno od strony ogrodu i przez okno uciekliśmy przez ogród i dalej do domów, gdzie ukryliśmy się. Nauczyciele nie widzieli przyjazdu Niemców bo byli w pokoju nauczycielskim. Niemcy aresztowali wszystkich nauczycieli i wywieźli do obozu na Majdanek.

Jednym z nauczycieli był pan Krzaczek, który z rodziną przyjechał do Józefowa, uciekając przed Niemcami i na Majdanku zmarł.

W dniu 30 maja1943r nad ranem obudziło nas kołatanie do drzwi. To kolega starszej siostry Marianny ostrzegał nas, że jadą Niemcy i żebyśmy uciekały do kamieniołomów. Brat z żoną był w budynku piekarni i nic o tym wydarzeniu nie wiedział. Szybko ubrałyśmy się i pobiegłyśmy do kamieniołomów. Przybywało coraz to więcej ludzi z dziećmi. Nikt nic nie wiedział co się dzieje. Wśród tego kłębowiska ludzi byłyśmy jak sierotki bez opieki osób dorosłych.

Zrobiło się jasno. Postanowiłam zobaczyć co robią zebrani ludzie. Wyszłam na polanę. Na polanie stała furmanka a przy niej niemiecki żołnierz. Stanęłam przerażona. On spojrzał na mnie i uśmiechnął się, wtedy go poznałam. Był to Rysiek Czapka, kolega mojego brata Krystiana. Powiedział, że w Józefowie jest spokój i możemy wracać do domu.

Przy powrocie zatrzymałyśmy się u koleżanki starszej siostry Marianny, Stefci Nowakównej. Mama Stefci poczęstowała nas zupą. Kiedy jadłyśmy tę zupę na podwórku, przez ulicę przebiegała grupa „ naszych chłopców „ z pistoletami, przeskakiwali przez płoty i biegli w kierunku zabudowań braci Kolaszyńskich. Okazało się, że biegli za groźnymi szpiegami niemieckimi. Szpiedzy wbiegli na podwórko Kolaszyńskich i jeden z nich porwał stojącego tam chłopca i wciągnął go do piwnicy. Chłopiec był synem Władysława Kolaszyńskiego. Walka z Niemcem w piwnicy była trudna i niebezpieczna z uwagi na chłopca. Skończyło się tym, że Niemiec zginął a chłopiec stracił nogę a drugi Niemiec uciekł.

Jak się uspokoiło, poszłam z młodszą siostrą do domu. Brat z bratową byli w piekarni. Brat piekł chleb. W piekarni była też kuzynka ze Zwierzyńca. Brat był bardzo zdenerwowany, bo nie wiedział co się z nami dzieje. Widocznie wiedział jakie mogą być konsekwencje akcji ze szpiegami ze strony Niemców. Więc poprosił kuzynkę, żeby zabrała mnie i Lucynę do Zwierzyńca. Dał nam pieniądze na bilety i bochenek chleba do torby. Poszłam sama z siostrą do Długiego Katu do pociągu, bo kuzynka miała wsiadać dopiero na następnej stacji w Krasnobrodzie. Razem z nami jechały również dwie dziewczyny Stefania Turzyniecka lat 22 i Genowefa Szembor lat 17 z ulicy Biłgorajskiej z Józefowa. Jechały one do kuzynów, którzy mieszkali we wsi Sochy.

Po przyjeździe do Zwierzyńca, kuzynka zaprowadziła nas do swojej mamy i zawiadomiła naszą stryjenkę (żonę brata mojego ojca), u której miałyśmy się zatrzymać. Przyszła stryjenka, ucieszyła się z chleba i zabrała nas do siebie. Po drodze mijałyśmy kapliczkę, w której odprawiano nabożeństwo majowe. Stryjenka powiedziała, ze jest to ostatnie nabożeństwo w tym miesiącu i musimy wejść do środka, pomodlić się.

W następnym dniu 1 czerwca 1943r. rano, obudził nas warkot samolotów. Wyszłam ze stryjenką przed dom i zobaczyłam nad lasem krążące samoloty. Samoloty te zrzucały bomby na wieś Sochy oddalonej od stacji kolejowej Zwierzyniec (gdzie mieszkała stryjenka) około 4 km. Wtedy przypomniałam sobie, że do tej wsi pojechały dziewczynki, które razem ze mną jechały pociągiem. Widziałam też jak samoloty po zakończeniu bombardowania wsi Sochy zmieliły kierunek a stryjenka powiedziała, że poleciały w stronę Józefowa. Tam zrzucili bomby na cmentarz sądząc, że tam są zlokalizowane oddziały partyzanckie. Dowiedziałam się później, że bomby trafiły również w groby moich rodziców, rodzeństwa i babci.

Do Zwierzyńca nie docierały żadne wiadomości. Nie wiedziałam co dzieje się w Józefowie i gdzie jest moja rodzina. W połowie czerwca zdecydowałam się sama pojechać do Józefowa, miałam wtedy 11 lat. Przyjechałam na stację Długi Kąt i spotkałam naszych sąsiadów z Józefowa pp. Klejnych oraz ich córkę Stefanię. Pan Klejny właśnie został wypuszczony z więzienia w Zamościu za nielegalny ubój świń (był rzeźnikiem). Klejnowie poszli na Majdan Nepryski a ja z ich córką poszłyśmy do Józefowa (3 km).

Józefów był wymarły, ulice porosły trawą. Stefcia została przy swoim domu bo miała wykopać w ogrodzie butelki ze smalcem. Ja poszłam do swojego domu. Wszystkie pokoje były pootwierane, wiatr trzaskał okiennicami a po dużej sieni fruwały papiery. Byłam przerażona, wróciłam do Stefci i poszłyśmy z powrotem 3 km do Długiego Kątu do znajomych Stefci pp. Nowaków. Na podwórku jakaś kobieta stała przy balii i prała. Z mieszkania wyszła panna Aniela Nowakówna. Panie rozmawiały ze sobą (były dużo starsze ode mnie). Ja usiadłam sobie na stołeczku i słuchałam rozmów. Usłyszałam, że pani Aniela gotuje kluski a pani Stefcia miała smalec. Ucieszyłam się, że wreszcie coś zjem, bo byłam bardzo głodna. Gdy pani Aniela sięgnęła łyżką do garnka, usłyszałam,” ojej „! Okazało się, że pani Aniela wrzuciła kluski do zimnej wody i zrobił się klej. Nie było żadnego jedzenia więc poszłam na stację kolejową do pociągu a pani Stefcia została. Wróciłam do Zwierzyńca zmęczona i bardzo głodna. Następnego dnia Niemcy zabronili Polakom jeździć koleją.

W dalszym ciągu nie wiedziałam co się dzieje z moją rodziną ? W lipcu przyszła do nas do Zwierzyńca moja starsza siostra Marianna (16). Nie wiedziała gdzie jest brat Edward z żoną ani co dzieje się z Krystianem, naszym bratem który był partyzantem.

W Józefowie ciągle trwały walki z Niemcami. Dzięki temu, że starszy brat wcześniej przysłał nam zapas mąki, mogliśmy się ze stryjenką utrzymać. Chodziłam ze stryjenką z mąką do wsi i wymieniałyśmy mąkę na mleko, ziemniaki, ser i jaja. Stryjenka miała kury ale nie miała je czym karmić. Umówiła się ze znajomym, który pilnował magazynu ze zbożem, że za mąkę da nam ziarno. Przychodziłam (11) z młodszą siostrą (9) pod magazyn kiedy magazynier był sam. On odsuwał deskę, siostra trzymała woreczek a ja kubeczkiem nabierałam ziarno. Wszyscy byliśmy z tej wymiany zadowoleni.

Kiedyś wybrałyśmy się do lasu na jagody. Uzbierałyśmy ze stryjenką całe wiaderko jagód Byłyśmy bardzo zmęczone. Gdy wyszłyśmy z lasu, nadjechał samochód z Niemcami. Jeden z Niemców wyskoczył z samochodu i zabrał nam wiaderko z jagodami a my przerażone czekaliśmy na strzały ale Niemcy odjechali.

W sierpniu 1943 roku postanowiłam, ze wracamy do domu, do Józefowa. Znajomy chłopiec ze Zwierzyńca zgodził się zawieść nas furmanką do Józefowa. Mieszkanie nadal było puste. W naszym grodzie rosły kartofle i jarzynki. Ugotowałyśmy jakąś zupę, nakarmiłyśmy chłopca i chłopiec odjechał do Zwierzyńca a my zostałyśmy same w domu.

Za kilka dni wrócił starszy brat Edward z bratową, którzy ukrywali się przed Niemcami w polu. Znowu zaczęliśmy organizować sobie życie.

Partyzanci mieli swoje placówki, magazyny, szpitale, intendentów i inne potrzebne służby. Brat dalej piekł chleb na kartki i dla partyzantów. Pamiętam jak po chleb dla partyzantów przyjeżdżał bardzo wesoły partyzant ps. ”Zagłoba” z długimi wąsami.

Podczas jednej z akcji na posterunek niemiecki, mój młodszy brat Krystian został rozpoznany przez szkolnego kolegę, który był w gestapo i jako „spalony” nie mógł już przebywać w domu. Do domu wpadał tylko w nocy. Zawsze miał dla mnie jakieś zadanie do wykonania.

Najpierw nosiłam meldunki do pp. Galińskich, do nadleśnictwa. Pani Galińska była nauczycielką w Józefowie a Pan Galiński był sekretarzem w nadleśnictwie. Mieli dwóch synów i dwie córki. Starszy syn Zdzich był kolegą naszego brata Krystiana i też był w partyzantce. Ja z jego młodszym bratem Kazikiem woziłam bryczką najpierw meldunki a później jakieś pakunki na Majdan Nepryski do wskazanych domów.

Niemcy w nadleśnictwie na dachu założyli wieżę obserwacyjną i obsadzili ją Ukraińcami –Czarnymi. Byli oni groźniejsi od Niemców. Przestaliśmy jeździć bryczką, tylko ja już sama przez pola chodziłam z przesyłkami. Często była to broń krótka, naboje, granaty i bielizna. Brat Krystian nie tylko przychodził sam ale często przyprowadzał chłopców, ochotników do partyzantki. Trzeba było ich nakarmić i rano doprowadzić na wskazane miejsca. Byłam wtedy przewodnikiem ponieważ znałam teren i ludzi zamieszkałych na nim. Miałam wówczas 11 lat.

Kiedyś słyszałam jak bracia moi mówili, żeby mnie wysłać na placówkę partyzancką. Nie wiem po co i z czym ale byłam bardzo dumna. Po dłuższych rozważaniach zrezygnowano z tego pomysłu. Widocznie sprawa była bardzo niebezpieczna.

Przyszedł rok 1944. Ja miałam już 12 lat. Powiększyła się nam rodzina. Żona brata Edwarda urodziła syna. Była zima. Dziecko miało dwa dni. Brat Edward musiał jechać na placówkę prowadzić ćwiczenia z młodymi partyzantami. Dojeżdżając do ostatnich domów zauważył jak Niemcy szeroką tyralierą podchodzą do Józefowa. Wszyscy byli w białych płaszczach i hełmach i nie było ich z daleka widać na śniegu. Brat szybko zawrócił sanie, podjechał pod dom i polecił nam ubrać bratową i zaprowadzić z dzieckiem do znajomej volksdeutschki a my miałyśmy zostać w domu. Sam pobiegł do znajomego p. Puźniaka, u którego był przygotowany schron. Zaprowadziłam bratową z dzieckiem do znajomej i szybko wróciłam do domu.

Po chwili weszli żołnierze Niemieccy i zapytali po polsku : „gdzie jest brat „ Powiedziałam, że pojechał do Biłgoraja do jakiegoś urzędu. Chyba mi uwierzyli, bo nie pytali o nic więcej, zabrali cukier ze stojącej na stole cukiernicy i wyszli. Dziwiliśmy się, że Niemcy i znają polski język oraz skąd wiedzieli, że mamy brata?.

Wojsko niemieckie zakwaterowało się w prywatnych domach ale nie prowadziło żadnej akcji. Dwóch żołnierzy z sąsiedniego domu, w którym była ich kwatera, przychodziło do naszego domu robić sobie śniadania i kolacje. Najczęściej była to jajecznica na bekonie, kawa prawdziwa z mlekiem i chleb z masłem. Ja zapalałam ogień w piecu kuchennym i wychodziłam do pokoju. Bałam się o siebie i młodszą siostrę Lucynę (10).

Wieczorem, gdy żołnierze poszli na kwaterę, przystawiałyśmy stół do okna i ubrane w płaszcze na wypadek ucieczki, czuwałyśmy do rana. Któregoś dnia żołnierze przynieśli ze sobą oprócz stałych artykułów spożywczych również hełmy, które suszyli nad ogniem. Hełmy robiły się białe. Dla nas był to znak, ze wybierają się gdzieś na akcję. I rzeczywiście zamaskowani w białe hełmy i białe peleryny odeszli z Józefowa.

Zima była bardzo mroźna i śnieżna Był poniedziałek. Zaraz po wyjściu Niemców z Józefowa poszłyśmy po bratową i dziecko i wróciłyśmy do domu. Po pewnym czasie wrócił starszy brat Edward, który schował się w schronie pana Puźniaka. Brat z bratową zdecydowali, żeby jak najszybciej ochrzcić dziecko. Na następny dzień był wtorek przed środą popielcową. Trzeba było spieszyć się przed postem. Dzięki temu, że Niemcy wyszli z miasta, nie prowadząc żadnej akcji, z lasu wrócił młodszy brat Krystian, partyzant ps. „Hel” z kolegą partyzantem ps. ”Spadochron”. Chrzciny odbyły się we wtorek przy partyzanckich przyśpiewkach i popisowych wystrzałach z rewolwerów. Partyzant „Spadochron” powiedział, że urodzone dziecko będzie żołnierzem. Przepowiednia się spełniła, bo obecnie urodzone wówczas dziecko jest już emerytowanym pułkownikiem.

Najtragiczniejszy okazał się rok 1944.Niemcy przygotowywali poważną akcję celem stłumienia zgrupowań partyzanckich w lasach sąsiadujących z Józefowem. Wywiad partyzancki wiedział o tym i przygotowywał się do obrony. Niemcy przygotowali ogromną ilość wojska, artylerii i lotnictwa. Partyzanci zlokalizowani byli w Puszczy Solskiej. Wśród ludności nastąpił ogromny niepokój, „co teraz będzie z nami”

Mój brat Edward został w domu, bo musiał piec chleb na kartki i po kryjomu również dla partyzantów. Wiedziałam, że wspólnie z kolegą Leonem Gontarzem przygotowali sobie schronienie w spółdzielczym magazynie z solą. Ucierali tytoń na proszek i obsypali nim miejsce skrytki co miało odstraszyć psy. Zgromadzili żywność, wodę i inne potrzebne przedmioty.

W dniu, kiedy wiadomo było kiedy Niemcy zaczynają akcję, brat wydał mi polecenie aby zaprowadzić bratową z 4 –ro miesięcznym dzieckiem do znajomej volksdeutschki. Ja (12) po powrocie miałam zabrać siostrę Lucynę (10) i iść do sąsiadów staruszków. Starsza siostra (17) miała zostać w domu. Brat Edward z kolegą poszli się schować do przygotowanego schronu.

Do Józefowa Niemcy weszli około południa i wszystkich mieszkańców, którzy zostali w Józefowie bez względu na wiek wyprowadzili na plac otaczający kościół. Mnie, młodszą siostrę i staruszków też zaprowadzili pod kościół. Spotkaliśmy tam naszą siostrę Mariannę, która została wyprowadzona z domu. Na placu płakały kobiety i dzieci. Gdy plac zapełnił się mieszkańcami, podjechały samochody ciężarowe i żołnierze zaczęli wyprowadzać ludzi do samochodów.

Siostra Marianna poleciła mi abym spróbowała się wydostać na zewnątrz boczną furtką i pobiec do znajomej volksdeutschki, żeby przyszła ją ratować. Sytuacja była beznadziejna. Ja postanowiłam próbować. Wzięłam młodszą siostrę za rękę i poszłam do furtki. Ku memu zdziwieniu Niemiec przepuścił nas przez furtkę. Pobiegłyśmy do znajomej i powiedziałam jej, że Niemcy ludzi wywożą a tam jest moja siostra Marianna i trzeba ją ratować. Nam kazała zostać w jej mieszkaniu, zabrała jakieś papiery i poszła. Po pewnym czasie wróciła z siostrą Marianną. Była wielka radość i serdeczne podziękowania.

Przez okno pokoju, w którym była bratowa z dzieckiem, zobaczyłyśmy że Niemcy postawili kuchnię polową obok magazynu soli do którego schował się mój brat Edward z kolegą. Wyszłam na ulicę żeby zobaczyć co się dzieje i usłyszałam od biegnącej kobiety, że Niemcy zabierają krowy. Ponieważ my tez mieliśmy krowę, powiedziałam o tym bratowej. Bratowa kazała mi natychmiast uciekać z krową i zaprowadzić ją na Majdan Nepryski do znajomego gospodarza. Udało mi uciec z krową z Józefowa. Zostawiłam krowę na Majdanie i wróciłam do Józefowa. Miałam w nogach 6 km biegu i byłam bardzo zmęczona. Na następny dzień poszłam do naszego domu, drzwi były otwarte, szafa i szuflady splądrowane a w ogródku powyrywana sałata i rzodkiewki.

W międzyczasie Niemcy byli u znajomej volksdeutschki i zabrali moją starszą siostrę do sąsiedniego budynku, w którym mieli kwaterę, żeby im gotowała posiłki. Miała wtedy 17 lat. Kiedy jednak kazali jej czyścić buty, to uciekła i schowała się w szafie u znajomej. Przyszedł Niemiec i chciał ją za to zastrzelić. Znajoma znowu zaczęła prosić i obiecywać, że ona tego więcej nie zrobi i siostra wróciła do pracy. W tym czasie rozpoczęły się walki Niemców z partyzantami. Zaczęły strzelać armaty na las, w którym byli partyzanci. Przyleciały samoloty i wskazywały gdzie armaty mają strzelać. Wśród tych partyzantów był mój brat Krystian Herc ps. „Hel”. Czuliśmy, że dzieje się tam coś tragicznego.

Dzisiaj, gdy patrzę jako 80-cio letnia kobieta na okres mych lat spędzonych pod okupacją hitlerowską 1939-1944, mam żywo w pamięci, nawet najdrobniejsze wydarzenia. Wszystko co jako dziecko przeżywałam, pozwoliło mi ukształtować moją psychikę i spojrzenie na ówczesną rzeczywistość.

Dzieci w czasie okupacji na Zamojszczyźnie, były nie tylko świadkami ale i ofiarami terroru hitlerowskiego w stosunku do ludności Polskiej.

Większość dzieci nie odróżniała formacji, która ich morduje. Dla nich obojętne było, czy to Policja czy Wehrmacht, czy SS, czy Ukraińcy-Czarni, czy Kałmucy. Ci wszyscy byli dla nich Niemcami, przed którymi trzeba uciekać i kryć się.

Dzieci widziały wojnę i okupację poprzez wydarzenia i nieszczęścia, jakie spotkały ich rodziców, rodzeństwo i ich samych. Były świadkami jak Niemcy zabijali Żydów na ulicy i w ich domach. Gdy zabrakło Żydów, Niemcy zabijali Polaków i ich rodziny.

Dzieci nie rozumiały dlaczego Niemcy zabierają im krowę, wiedziały tylko, że nie będą mieć mleka. Nie rozumiały, gdy Niemcy zabierali im ziarno i mąkę. Starsze dzieci pytały, dlaczego Niemcy nie chcą aby dzieci uczyły się dalej niż tylko do 1V klasy szkoły podstawowej i dlaczego Niemcy palą im polskie podręczniki szkolne i aresztują im ich nauczycieli, których wywożą do obozu na Majdanek.

Gdy Niemcy pacyfikowali wsie, ludność wiejska uciekała całymi rodzinami do lasu, chroniąc się przed Niemcami. Rodziny najczęściej były wielodzietne i dzieci wymagały opieki. Małe dzieci nie rozumiały, dlaczego nie mają co jeść i gdzie spać.

Kiedy ojcowie i bracia walczyli w partyzantce z Niemcami, w gospodarstwie pozostawały kobiety i dzieci. Niemcy w czasie akcji pacyfikacyjnych strzelali do kobiet i dzieci, zabijając wiele z nich.

Na Zamojszczyźnie w czasie okupacji dzieci musiały szybciej dojrzewać ponieważ wcześniej musiały przyjmować obowiązki w gospodarstwie, zastępując ojców i braci, którzy byli w partyzantce.

Dzieci w wieku 10,11,12 lat poprzez swoich ojców i braci wcześniej miały kontakt ze środowiskiem partyzanckim. Sytuacja sprawiała, że dzieci zaangażowały się do współdziałania z partyzantką. Powierzano nam obserwację terenu i ruchu wojsk niemieckich, przenoszenie meldunków i przenoszenie broni krótkiej oraz amunicji i innych akcesoriów potrzebnych partyzantom. Robiliśmy to bezpiecznej od osób dorosłych, gdyż Niemcy nie zwracali na nas tak wielkiej uwagi jak na osoby dorosłe.

Dzieci nabrały przekonania, że jeżeli Niemcy nas mordują, to my musimy z nimi walczyć. Ponieważ na otwartą walkę jesteśmy za małe, to co odważniejsze dzieci pomagały partyzantom. Kontakty dzieci z partyzantami rodzice trzymali w bardzo wielkiej tajemnicy przed obcymi, bowiem groziło to represjami w stosunku do całych rodzin ze strony okupanta. Dlatego też my, jako osoby dorosłe, „dzieci z tamtych lat” powinniśmy opowiadać naszym dzieciom i wnukom jak służyliśmy sprawie, której na imię była „Polska”.

 

Biogram JOANNY ŁABANOWICZ z domu HERC

Urodziła się 21. lutego 1932 r. w Józefowie k. Biłgoraja w rodzinie rzemieślniczej.

Ojciec jej był mistrzem piekarskim i od 1910 roku posiadał piekarnię w Józefowie.

Od urodzenia do zamążpójścia (1955) mieszkała w Józefowie.

Rodzice Joanny zmarli w czasie II wojny światowej. Matka Paulina zmarła w 1941r. zaś Ojciec Krystian w 1942r.

Osieroconych zostało pięcioro dzieci w tym trzy nieletnie córki : Marianna (15), Joanna (10) i Lucyna (8).

Najstarszy syn Edward (29) jako żołnierz 1939 roku był w niewoli niemieckiej zaś młodszy Krystian (19) był w partyzantce AK w Puszczy Solskiej.

Do czasu powrotu z niewoli najstarszego brata Edwarda osierocone dzieci same organizowały sobie życie.

Joanna była świadkiem zawieruchy wojennej w 1939 roku w Józefowie i migracji ludności cywilnej na wschód. Przeżyła wielki pożar miasta i rodzinnej kamienicy. Była świadkiem wkroczenia wojsk niemieckich a następnie wojsk radzieckich i ponownego wkroczenia wojsk niemieckich do Józefowa.

Była świadkiem terroru hitlerowskiego stosowanego wobec Zydów i ich masowego mordowania a następnie terroru wobec ludności polskiej i pacyfikacji okolicznych wsi.

Po wojnie ukończyła szkołę średnią i studium nauczycielskie. Przez pięć lat była nauczycielem w szkole, wówczas 11-latce, w Józefowie.

Za przynależność dwóch braci do AK i braku jej przynależności w szkole do ZMP była przez UB w Biłgoraju osobą „ naznaczoną „.Trwało to do początku przemian ustrojowych z końca lat 90-tych ubiegłego wieku.

Jest skarbnicą wiedzy o wydarzeniach z czasów wojny i czasów powojennych w Józefowie.

 Henryk Łabanowicz

Joanna Łabanowicz

Utworzono dnia 24.08.2015, 13:39
Godziny pracy:
Poniedziałek 8:00 - 16:00
Wtorek 8:00 - 17:00
Środa 8:00 - 17:00
Czwartek 8:00 - 17:00
Piątek 8:00 - 17:00
Sobota 8:00 - 15:00

MODERNIZACJA - REMONT MBP  w Józefowie realizowana jest w ramach  Programu Wieloletniego Kultura+ Priorytet Biblioteka+ Infrastruktura bibliotek