Przejdź do głównej treści Przejdź do wyszukiwarki

Moja baśń z aniołem w roli głównej – nagrodzone prace uczestników konkursu

Utworzono dnia 16.10.2019
Czcionka:

O dwóch aniołach stróżach

Cześć, mam na imię Mariusz. Chciałbym wam opowiedzieć historię o tym jak zostałem aniołem stróżem i przede wszystkim moje przygody podczas służby. Zapewniam was, że są one bardzo ciekawe i zabawne. Przy okazji dowiecie się, jak wygląda życie w niebie. Więc bez przedłużania zaczynajmy. Zaczęło się od tego, że ja i mój najlepszy kumpel oraz jedyny kolega Marek chcieliśmy zostać aniołami stróżami. Rzecz w tym, że jeśli jakiś anioł chce zostać aniołem stróżem musi przejść specjalny test, który po napisaniu ocenia archanioł Gabriel (Oczywiście ja i Marek jesteśmy aniołami). Lecz, anioł stróż to jest tak jakby praca. Tylko że mu nie robimy tego dla pieniędzy tylko dla honoru i uznania. Jest tyko jeden problem, ja i Marek jesteśmy nieudacznikami wśród aniołów. Pięć razy próbowaliśmy zdać test na anioła stróża, ale nigdy nam się nie udało. Aż do czasu gdy ja i mój kumpel Mareczek mieliśmy zamiar podjąć szóstą próbę i zarazem ostatnią. Nie dlatego, że nie mogliśmy, tylko dlatego że ja i Marek stwierdziliśmy, że się nam już nie chce. Do tego testu przygotowywaliśmy się cały czas, dużo bardziej niż poprzednimi razy. W końcu nadszedł czas, byśmy napisali test na anioła stróża!(Ja cię, ale to były emocje!) Marek mówił, że archanioł Gabriel to dobry ziomek i tym razem nam zaliczy. Ja jednak bałem się, że mimo tych wszystkich przygotowań może nam pójść ciężko. No właśnie tym głównie różnię, się od Marka, ja zawsze bardzo poważnie podchodzę do ważniejszych spraw, a mój kumpel Marek codziennie ma dobry humor, nawet w trudnych sytuacjach. Raz była taka sytuacja, że Marek musiał przeprowadzić dusze ze świata ludzi do nieba. Ale Marek chciał zrobić żart. Ogólnie ta dusza za życia była bardzo oddanym chrześcijaninem. Marek z duszą poszedł do śmierci, a on wyraźnie przy niej powiedział, że ma ona iść do nieba. Za to Marek dla żartu zabrał ją do piekła. Dusza była bardzo zdziwiona i przerażona. Zaczęła się modlić i myśleć, że to pomyłka. Okazało się, że tak to był głupi żart. Od tamtego momentu Marek nie może transportować dusz. To było wspomnienie, które pomogło mi się rozluzować podczas pisania. Ostatecznie ja i Marek zdaliśmy test. Ale Marek zdał tak ledwo, ledwo, nawet archanioł Gabriel wahał się, czy mu zaliczyć. Na całe szczęście udało mu się zdać. Ale to już nieważne, bo najważniejsze jest to że zdaliśmy i dokładnie za dwa tygodnie mogliśmy rozpocząć służbę. Oczywiście czas w niebie, piekle i czyśćcu mija tak samo jak na ziemi, tylko że my żyjemy wiecznie. Także po odczekaniu tych dwóch tygodni wreszcie mogliśmy przystąpić do służby. Byliśmy bardzo szczęśliwi, bo wiedzieliśmy, że już nie będziemy nieudacznikami wśród aniołów. Przed rozpoczęciem funkcji aniołowie specjaliści mieli nam przydzielić ludzi, którym będziemy stróżować. Tak się złożyło, że aniołowie specjaliści mieli ważne sprawy na głowie, więc zastąpili ich normalni aniołowie. Ja i Marek prosiliśmy o osoby, którym nie będzie ciężko stróżować i najlepiej, abyśmy ja i Marek dostali ludzi, którzy żyją razem ze sobą. My w niebie wiemy, jaka będzie przyszłość, więc jeszcze zanim ktoś się narodzi wiemy kim on będzie. Ale przez to, że to zwykli aniołowie wybierali nam ludzi zamiast dostać kogoś łatwego do ochrony, dali nam sportowców! A sportowcy mają intensywny i trudny do chronienia tryb życia. Lecz nie byliśmy w rozpaczy, tylko po prostu przyjęliśmy to na klatę.

Także teraz wam opowiem, jak wyglądało moje stróżowanie. Ogólnie to ja i Marek dostaliśmy ludzi, którzy urodzili się jako bracia. Ich przyszłość miała być taka, że zostaną oni sportowcami i będą się dzielić mieszkaniem. Ludzie moi i Marka mieli na imię John i Kevin, byli oni Amerykanami i oczywiście chrześcijanami. Powiem, że mój człowiek miał na imię John a Marka Kevin. Muszę wam zdradzić, że jak byli jeszcze dziećmi, nie działo się nic ciekawego, więc przejdę do tego jak już byli dorośli. Kevin i John żyli razem i razem płacili za mieszkanie. Obaj bracia mają dziewczyny, które też oczywiście lubią sport. Obaj bracia wstają o tej samej porze. Wstają modlą się i od razu po tym rozciągają ciało, dla zdrowia. Po rozciąganiu śniadanko. Zazwyczaj na śniadanie jedzą jajka i jakieś inne pożywne żarcie. Po śniadaniu rodzeństwo wzięło witaminy w tabletce, która rozpuszcza się po włożeniu do wody. Po posiłku John i Kevin poszli w swoją stronę. Obaj są zawodowymi sportowcami i dostają za to pieniądze. Akurat teraz mają brać udział w rajdzie rowerowym. John i Kevin byli sobie równi i nie było czegoś takiego, że któryś był lepszy. Tak samo można było zauważyć, że owi bracia wcale nie chcą ze sobą rywalizować. I się zaczęło! Ja i Marek uważnie pilnowaliśmy swoich ludzi podczas rajdu. Niestety pojawiły się pewne stwory. Mówimy na nie „Diabełki”. Te małe podstępne stworzenia tylko czekają, by coś nabroić. Niby nie są one groźne, ale mogą oddać wszystko, żeby w jakikolwiek sposób choć trochę uprzykrzyć człowiekowi życie. Najlepszą ofiarą są dla nich ludzie, którzy uprawiają jakąś aktywność fizyczną, ponieważ chwila nieuwagi anioła i już coś się dzieje. Kiedy już zaatakowały nas te stwory, wcale nie czuliśmy się zestresowani, gdyż wiedzieliśmy, że dosyć często będziemy napotykać te potwory podczas służby. Wracając do tematu, szybko pozbyliśmy się Diabełków. Lecz Marek jak to Marek, nie zauważył, że jego Kevin potyka się o wystający korzeń z ziemi. Jak widać, chwila nie uwagi i rowerzysta zalicza glebę. Za to John zamiast jechać dalej, zatrzymał się i pomógł bratu. Po wypadku obaj bracia poszli do lekarza i opuścili rajd. Marek miał duże szczęście, że Kevinowi nic się nie stało. Ogółem to jeśli jakiś anioł będzie naprawdę bardzo słabo bronił swojego człowieka, po prostu zostanie zmieniony. To była pierwsza taka sytuacja Marka. Lecz wy dopiero się dowiecie, czy będzie ich więcej. O dziwo, ja wtedy nie popełniłem jeszcze żadnego błędu. (Do czasu). Ale nikt nie jest idealny i nawet aniołowie popełniają błędy. Oczywiście nasza praca wymaga o wiele więcej odpowiedzialności, tylko jak mówiłem my to robimy dla Boga, honoru i uznania. Wracając, Kevin przez dwa tygodnie nie mógł biegać i uprawiać intensywnych ćwiczeń. Jedyne w co może grać to tenis stołowy. I to właśnie robi, bo obaj bracia nienawidzą telewizora i siedzenia w miejscu. W czasie, kiedy Kevin grał sobie w tenisa, John biegał albo jeździł rowerem. To wtedy miała się wydarzyć moja pierwsza wpadka. Mianowicie, gdy John jechał sobie spokojne rowerem po lesie, ja obczajałem sobie, „Internet”. Podobno wy ludzie bardzo go cenicie. I muszę wam powiedzieć, że znalazłem w nim bardzo ciekawe rzeczy. No i tak sobie patrzyłem coś tam w tym Internecie, a John zatrzymał się po to, by oddać mocz. Ja tak się wciągnąłem, że nie wiedziałem, co on nawet robi. Gdy skończyłem zauważyłem, że John zniknął! Nie wiedziałem, co zrobić, więc zadzwoniłem do Marka. Zazwyczaj to on dzwonił do mnie po radę, ale wtedy to ja jej potrzebowałem. Więc zadzwoniłem do Marka i mówię: „Stary zgubiłem gdzieś Johna!” a on do mni: „Ale jak to zgubiłeś!” i wtedy ja do niego „No po prostu zgubiłem”. Marek na początku uspokoił mnie i wtedy powiedział, żebym zobaczył na moim anielskim GPS. Nie mogłem uwierzyć, że o tym nie pomyślałem. Ale rzeczywiście spojrzałem na mój GPS i oczywiście był na nim John, a koło niego czerwone kropki i jeden czerwony trójkąt. To znaczy, że na Johna czekają Diabełki i uwaga! „Diablos” tak na niego mówimy. Diabełki nie zrobią mu dużej krzywdy, ale Diablos może doprowadzić do tragedii. Więc ruszyłem, przenikając przez drzewa, bo anioły, no wiecie to są jakby duchy i one mogą przenikać yyyyyyyy dobra, to teraz nieistotne. Gdy w końcu dotarłem do Johna, zobaczyłem, jak Diablos stara się, by John nie zauważył nadjeżdżającego tira. Także jak najszybciej ruszyłem. Poradziłem sobie z Diabełkami, ale czekał na mnie jeszcze Diablos. Ale nasz Diablos w przeciwieństwie do Diabełków jest najgroźniejszym ze wszystkich stworów i nawet aniołowie mają problem go pokonać, a czasami i im się tego nie udaje dokonać. I akurat to ja na niego trafiłem. Gdy już ruszyłem, dostałem ostre baty. Po prostu wtedy byłem jeszcze mało doświadczony. Lecz nie miałem żadnych szans, przynajmniej tak myślałem. Próbowałem, ale ani trochę nie mogłem zbliżyć się do Johna, i wtedy pomyślałem, że to już koniec. Na szczęście w końcu ruszyłem makówką. A moim planem było, by zacząć się modlić, tak po prostu. Możecie sobie myśleć, że to nie był dobry pomysł, ale nie miałem innego wyjścia. Więc zacząłem się bardzo, bardzo gorąco modlić. Na początku Diablos śmiał się ze mnie, ale nagle on sam zaczął nagle znikać. Nie mógł w to uwierzyć, zresztą ja też. Gdy już ten stwór zniknął, szybko pomogłem Johnowi w ten sposób, że wykonywałem za niego ruchy, ale on tego nie czuł, tak samo jak wy tego nie czujecie. Dzięki mnie John zsiadł z roweru i odskoczył na bok. On przeżył, ale jego rower już nie. Gdy opowiedziałem o tym Markowi, pochwalił mnie za wytrwałość. Po tej sytuacji ja i Marek zaczęliśmy bardzo poważnie podchodzić do stróżowania. No i co, tak mijały te lata, aż w końcu John i Kevin dożyli spokojnej starości a potem umarli. Wydawałoby się, że to już koniec tej historii. Ale nikt w wszystkich światach nie spodziewał się decyzji mojej i Marka. Mianowicie, postanowiliśmy stróżować kolejne życie! Można powiedzieć, że praktycznie żaden anioł nie podejmuje się stróżowania drugiego życia. Lecz my podjęliśmy się tego. No cóż, nie ma co przedłużać. Muszę wam powiedzieć, że jakoś znowu minęły te lata. Nie ma co wchodzić w szczegóły, bo nie działo się nic przełomowego. Było super. Właśnie przedstawiłem wam moją historię. Po moich przygodach stałem się naprawdę sławny. A teraz chcę spokojnie cieszyć się możliwością przebywania w niebie i chcę pożegnać wszystkich, którzy wytrwali aż do tego momentu.

Przemysław Socha
Kl. VIa SP Józefów

Marcin i podróż dookoła świata

Za górami za lasami żył pewien chłopak o imieniu Marcin. Chłopczyk był bardzo wesołym i ciekawym świata chłopcem. Miał 15 lat, jego rodzina była bardzo bogata, ale dla Marcina nie to było najważniejsze. Dla niego najważniejszym była uczciwość, dobroć, miłość do Boga i swoich bliskich. Pewnej nocy Marcin miał sen, który odwrócił jego życie do góry nogami. Śniło mu się, że jest wielkim podróżnikiem, który podróżuje dookoła świata. Gdy chłopiec obudził się, od razu pobiegł powiedzieć o tym starszemu bratu Jasiowi, który go wyśmiał. Marcin rozpłakał się i pobiegł do swojego pokoju. Gdy przestał płakać, powiedział: ,,Panie, czemu nikt we mnie nie wierzy”? Wtedy oślepił go blask na środku jego pokoju. Po chwili usłyszał głos:

– Marcinie, dlaczego płaczesz? – Nie płacz. Jestem przy tobie.

– A kto Ty jesteś? – Zapytał Marcinek.

– Jestem twoim Aniołem Stróżem, opiekuję się tobą od momentu twojego narodzenia – powiedział Anioł. Marcin trochę wystraszony opowiedział aniołowi o swoich marzeniach, czyli o podróży dookoła świata, która mu się śniła i o tym, jak śmiał się z jego marzeń starszy brat Janek. Anioł uważnie wysłuchał Marcina i zapowiedział, aby po południu, jak wróci ze szkoły, był przygotowany na wielką niespodziankę. Chłopiec przez cały dzień był rozemocjonowany, cóż to za niespodzianka czeka na niego wieczorem. Po powrocie ze szkoły Marcin ochoczo zabrał się do odrabiania lekcji, tak że mama kilkukrotnie musiała wołać go na obiad. Przy obiedzie rodzice i brat zauważyli, że Marcin jest jakby nieobecny, myślami gdzie indziej. Na ich pytania odpowiadał, że wszystko jest w porządku i uśmiechał się zagadkowo.

Wieczorem, kiedy bliscy chłopca już zasnęli, w pokoju Marcina zjawił się Anioł i powiedział do niego, aby się ubrał i poszedł za Nim.

Przed domem czekał na Marcinka piękny i wielki koń ze skrzydłami. To był Pegaz maści białej ze złotą grzywą i ogonem, a na grzbiecie miał piękne i wygodne siodło, w tym samym kolorze, co grzywa i ogon. Anioł kazał chłopcu dosiąść konia. Marcin ochoczo wykonał polecenie. Wskoczył na siodło, włożył stopy w strzemiona i chwycił w obie ręce lejce.

Anioł rzekł do Marcina: „Zabieram cię w podróż dookoła świata. Będzie to podróż niesamowita, bo musimy ją odbyć w ciągu jednej nocy, abyś mógł rano zanim twoi bliscy się obudzą, wrócić do swojego pokoju”. Marcin nieśmiało powiedział, że to niemożliwe, aby w ciągu jednej nocy odbyć taką podróż. Anioł mu odrzekł, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Zanim rozpoczęła się fantastyczna podróż, anioł przeegzaminował Marcina z geografii, pytając, na jakich półkulach położone są kontynenty na ziemi. Chłopiec uczył się bardzo dobrze, więc wyrecytował aniołowi następującą regułkę – „Równik dzieli kulę ziemską na część północną i południową, na półkuli północnej – od równika do góry, położone są kontynenty: Europa, Azja, Ameryka Północna (w całości) oraz Ameryka Południowa, Afryka (częściowo), na półkuli południowej – od równika w dół, położone są cztery kontynenty: Antarktyda, Australia (w całości), Ameryka Południowa i Afryka (częściowo). Południk 0 stopni przecinający Londyn, dzieli kulę ziemską na część wschodnią i zachodnią, na półkuli wschodniej – na prawo od południka 0 stopni, położone są cztery kontynenty: Afryka, Europa, Azja i Australia. Na półkuli zachodniej – na lewo od południka 0 stopni, położone są dwa kontynenty: Ameryka Północna i Ameryka Południowa”.

Anioł Stróż nie ukrywał zaskoczenia z jaką pasją i swobodą Marcin, przekazał mu swoje wiadomości na temat rozmieszczenia konynentów na kuli ziemskiej. Zapytał jeszcze na którym kontynencie położona jest Polska, chłopiec odpowiedział, że w Europie na półkuli północnej.

– No to starujemy – powiedział anioł.

Pegaz tylko na to czekał, ruszył z kopyta do przodu. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, rozpostarł swoje potężne skrzydła i uniósł się w powietrze. Marcin aż krzyknął z zachwytu i trzeba przyznać, że trochę obawiał się wysokości, na którą wzniósł się skrzydlaty koń.

– Nic się nie bój, jestem przy tobie. Żadna krzywda Ci się nie stanie, bo nieustannie czuwam nad tobą, powiedział Anioł. Lecieli w kierunku wschodnim, przelecieli nad częścią Europy w kierunku Azji, a nad Oceanem Spokojnym dokonali zwrotu w kierunku poludniowym. Przekroczyli równik a tym samym znaleźli się na półkuli południowej i dolecieli do Australi. Nie zatrzymując się, aby nie tracić czasu, chociaż Marcin chciał się pobawić z kangurami, przelecieli nad oceanem indyjskim, dolatując do Afryki. Marcin poprosił Pegaza, aby wylądowali na sawannie, bo chciał z bliska zobaczyć żyrafy, słonie oraz króla zwierząt lwa. Konik uległ prośbom chłopca i wylądował obok wielkiego drzewa z gatunku baobabów. Podróżnicy odpoczywali w cieniu ogromnego drzewa. Pegaz z nieufnością spoglądał w kierunku kępy drzew, pod którym wylegiwły się lwy a Marcin z pewnej odległości obserwował jedzące liście drzew żyrafy oraz chlapiące się w rzece słonie.

Nagle chłopiec usłyszał potężny ryk lwa, który niepokoił się o los swoich malych lwiątek, obserwując nieznanych podrożnych. Aby uniknąć spotkania z groźnym zwierzem, Marcin błyskawiczne wskoczył na grzbiet konia i wzbili się w powietrze. Chłopiec pomachał z radością królowi zwierząt, jednocześnie pokazując mu język. bo poczul się bezpiecznie na grzbiecie Pegaza. Lecieli w kierunku Ameryki Południowj nad Oceanem Atlantyckim. W czasie przelotu chłopiec oglądał baraszkujące delfiny i inne stworzenia żyjące w oceanie. Po przelocie nad Ameryką Południową dotarli znowu nad Pacyfik, kierując się na północ. Przelatując nad równikiem, znaleźli się ponownie na półkuli północnej. Dolatując do Ameryki Północnej, lecieli chwilę wzdłuż jej wybrzeża a następnie dokonali zwrotu w kierunku wschodnim, przelatując nad Krainą Wielkich Jezior położoną na granicy Kanady i Stanów Zjednoczonych. Po dotarciu nad Ocean Atlantycki skierowali się w kierunku Europy a konkretnie wybrzeżom Francji, gdyż nasz mały podróżnik koniecznie chciał zobaczyć Wieżę Eifla w Paryżu. Gdy spełniło się to marzenie Marcina, poprosił anioła, żeby jak najszybciel mógł znaleźć się już w swoim domu. Po chwili był już przed własnym domem.

Było wcześnie rano, domownicy jeszcze spali. Marcin pożegnał się czule z Pegazem, który z radością potrząsnął piękną złotą grzywą i wskoczył przez okno do swojego pokoju.

Spojrzał na zegarek, za chwilę powinien wstawać do szkoły. W mgnieniu oka przebrał się w piżamę, cichutko poszedł do łazienki, umył się i wrócił do swojego pokoju.

– Dziwne, nie czuję żadnego zmęczenia. Czy ta podróż zdarzyła się naprawdę, czy mi się śniło?.

Usłyszał głos Anioła Stróża – Naprawdę nie masz pewności?

Po chwili uslyszał głos mamy – Marcinek, synku proszę na śniadanie! Marcin szybko zbiegl do jadalni, w której przy stole siedziała już cała rodzinka. Ze smakiem pałaszował śniadanie i ciagle się uśmiechał. Brat Janek zapytał, dlaczego jesteś tak bardzo zadowolony i ciągle się uśmiechasz?

– I tak mi nie uwierzysz – odpowiedział Marcin.

Julia Bielak
Klasa VI a
Szkoła Podstawowa im. Mieczysława Romanowskiego w Józefowie

Znalazłem telefon

To była moja wina. Nie dopilnowałem jej, zagapiłem się, a właściwie byłem zajęty czymś zupełnie absurdalnym, jak dzisiaj o tym myślę. I stało się, chwila nieuwagi, zapomnienia i Kasi nie ma i już nigdy nie wróci.

To było kilka miesięcy temu. Jak zwykle szedłem za moją podopieczną drogą do szkoły, uważając, by nie wpadła pod samochód i bezpiecznie dotarła do klasy a potem tak samo wróciła do domu, gdzie czekali na nią rodzice i dwie starsze siostry. Była strasznie roztrzepana, nie uważała na drodze, często wpadała na różne przeszkody, zawsze chodziła z podrapanymi rękami i nogami a na kolanach prawie nigdy nie znikały siniaki po upadkach. Miałem z nią masę roboty, nie można jej było spuścić z oczu. Zachowywała się jak małe dziecko a chodziła już do czwartej klasy.

Pewnego słonecznego ranka po drodze do szkoły na poboczu obok boiska zobaczyłem już z daleka, że coś się błyszczy. Popatrzyłem, że Kasia to minęła, nie zauważyła, skacząc przez kałuże a ja z ciekawości podniosłem leżący mały przedmiot. Był to ciemny prostokąt mieszczący się w dłoni. Poznałem tę rzecz. Było to coś z czym nie rozstawali się rówieśnicy mojej Kasi. Nawet na przerwach zamiast ze sobą rozmawiać siedzieli na ławkach obok siebie bez słowa i gapili się w mały ekran. Nie rozumiałem, jak to możliwe, że wolą stukać palcem w szybkę niż pograć w klasy, gumę albo poopowiadać sobie dowcipy i śmieszne historie. A teraz ja trzymam w ręku to samo. Ciekawe jak to działa. Zacząłem podglądać Kasię, jak używać moje znalezisko. Bardzo szybko nauczyłem się włączać a potem słuchać muzyki i oglądać śmieszne filmiki. Z czasem coraz więcej czasu spędzałem, gapiąc się w szklany ekran. Dostawałem niezliczone ilości wiadomości i zaproszeń na strony społecznościowe. Nagle miałem setki przyjaciół i zaproszeń ludzi, których nie widziałem na oczy.

No i stało się. Kiedy Kasia przechodziła przez przejście dla pieszych wpadła pod za szybko jadący motocykl. Mogłem ją zatrzymać, ale właśnie wtedy dostałem kolejny sms i musiałem go odczytać. To była moja wina. Byłem zły sam na siebie i na ten ogłupiający i uzależniający martwy prostokąt. A teraz martwa przy krawężniku leżała dziewczynka. Nigdy sobie nie daruję a do tego stracę pracę i zaufanie. Ze złością rzuciłem na ziemię przeklęty telefon i rozdeptałem na cementowym chodniku. Już nikomu nie zaszkodzi.

Elżbieta Kolaszyńska

Anioł na drodze życia Ariany

Dawno, dawno, temu o poranku Ariana normalnie zajęłaby się gospodarstwem, ale nie dziś... Z samego rana wybrała się, aby po raz ostatni nacieszyć się widokiem budzącej się do życia doliny, gdzie przeżyła wspaniałe dziecięce lata. Ariana, patrząc na wysoki dąb, miała przed oczami swoich rodziców, którzy pomagali jej wspinać się na najniższą gałąź. Niestety z beztroskich lat zostały tylko wspomnienia, a długowłosa dziewczyna o błyszczących, zielonych oczach zalała się łzami. „Mamo, tato tak bardzo mi was brakuje’’. Rodzice dziewczyny zaginęli przed rokiem, tak jak większość wioski. Zostali porwani przez wygłodniałe stworzenia, które wyglądem przypominały ogry. Potwory codziennie o północy wychodziły z lasu, pozbawiając ludzi całego ich dobytku, a także zabierając ich samych. Tak też się stało z rodzicami Ariany.

Nagle dziewczyna usłyszała tajemniczy głos. Przetarła zapłakane oczy i zobaczyła, jak obłok chmur ułożył postać pięknego anioła. To spowodowało, że piękna dziewczyna poczuła się jak w niebie. „Posłuchaj uważnie kochanie, zamiast wyjeżdżać i ciężko pracować, spakuj prowiant i wybierz się w drogę do Głodnego Lasu, gdzie znajdziesz wybawienie z twojej ciężkiej doli. Kieruj się sercem, a ono wskaże ci drogę.’’ Ariana zaczęła zadawać wiele pytań: „Gdzie mam się udać? Czego mam szukać? Przecież tam są Głodne Potwory”.

W tym samym czasie prześliczny anioł rozpłynął się, jakby we mgle.

Roztrzęsiona dziewczyna nie mogła się skupić, ciągle słyszała to, co mówił jej anioł, jednakże była zdesperowana, aby odmienić swój ciężki los. Niewiele myśląc, wzięła już wcześniej spakowany prowiant i ruszyła w drogę. Gdy weszła w głąb lasu, otrzeźwiała i zaczęła się bać. To było tak, jakby nagle się obudziła, ale wcale tak nie było. Jakaś siła działała na nią, jakby nie była sobą. Zdała sobie sprawę z tego, że od roku nikt z wioski nie miał odwagi wejść do Głodnego Lasu. Przeraziła się, ale szła dalej. W końcu zmęczona dziewczyna usiadła pod drzewem, rozejrzała się dookoła i powiedziała sama do siebie: „Och jak tu jest pięknie”. A woń kolorowych kwiatów unosiła się w powietrzu. Las, którego wszyscy dotąd się bali, w niczym nie budził strachu.

Dziewczyna ruszyła w dalszą drogę, jej niebieska sukienka wspaniale układała się na jej filigranowej sylwetce. Gdy tak szła, widziała wiele rzeczy, które zapewne zgubili porwani przez potwory ludzie z wioski. Ogarniało ją to coraz większym lękiem. Szesnastoletnia dziewczyna, urodą przypominająca księżniczkę na chwilę przystanęła, aby zjeść błyszczące w słońcu poziomki. Nie wierzyła własnym oczom, pośród owoców leżał naszyjnik jej matki. Wzięła go w ręce, przytuliła mocno do serca i założyła na szyję.

W miarę upływu czasu zaczął zapadać zmrok, a spokojny dotąd las zaczynał robić się coraz bardziej mroczny… Z oddali zaczynały dobiegać przeraźliwe głosy, nawet spokojne drzewa wydawały się jakieś straszne. Gdy zrobiło się już naprawdę ciemno, Ariana dostrzegła w oddali palącą się pochodnię. Zaczęła podążać w jej kierunku. Dziewczyna dotarła na miejsce, jednak bardzo nieśmiało i z przerażeniem zaglądała, wychylając się zza drzewa. Nagle usłyszała: „Nie bój się Ariano, podejdź bliżej”. Długowłosa dziewczyna nabrała śmiałości i powoli wyszła, pokazując się w całej okazałości. Była strasznie brudna i zmęczona. Jej duże, zielone oczy patrzyły w kierunku tajemniczej niewyraźnej postaci, która przed nią stała. „Skąd wiesz jak mam na imię? – nieśmiało wyszeptała Ariana. „Czekałam na Ciebie”. Po czym nastała ogromna jasność, a postać kobiety zaczęła przypominać ślicznego anioła. „To Ty! – rzekła dziewczyna. „Weź tę latarnię i podążaj dalej, ale używaj jej tylko wtedy, gdy będziesz potrzebowała mojej pomocy”. Po czym tajemniczy anioł zniknął. Ariana nie zdążyła zadać żadnego pytania. Myślała, że wszystko się wyjaśni, jednak została sama z wieloma pytaniami, na które nikt nie mógł jej odpowiedzieć. „Jak ma się odmienić mój los, skoro jestem sama w „Głodnym Lesie? Gdzie mam szukać pomocy?’’ Gdy te pytania krążyły jej po głowie usłyszała głos z oddali. „Słuchaj głosu serca’’.

Była tak wykończona, że w mgnieniu oka zasnęła. Niestety niedługo trwał jej sen. Obudziło ją przeraźliwe wycie wilków. Przestraszona i zdezorientowana Ariana chwyciła za latarnię, która w przedziwny sposób rozbłysnęła milionem rażących świateł, a wszystkie wilki, które były w zasięgu wzroku Ariany – zniknęły, jakby rozpłynęły się w powietrzu. W momencie, gdy latarnia zgasła, dziewczyna zauważyła anioła, którego już wcześniej widziała. „Choć za mną’’– powiedział. Nie zastanawiała się, poszła. Przeszła już długą drogę, więc traciła coraz więcej sił, a światło dobrego anioła zaczynała tracić z zasięgu swojego wzroku. „Poczekaj”! – krzyknęła. Była tak skupiona i zapatrzona w coraz słabszy blask anioła, że nie zważała gdzie idzie…

Nagle poczuła, jakby ziemia zapadała jej się pod nogami. Miała rację. Bardzo szybko spadała w dół, aż w końcu znalazła się na samym dole w ogromnej jaskini. Była bardzo brudna, a na głowę sypał jej się piach. Po chwili starała się wstać. Jednak nie mogła, zaczęła szukać rękami punktu zaczepienia, trafiła na latarnię, która spadła razem z nią. W rękach Ariany ponownie rozbłysnęła. To było coś pięknego!!! Dziewczyna nie wierzyła własnym oczom, cała jaskinia ociekała złotem. Wszędzie stały skrzynie wypełnione po brzegi biżuterią i złotem. To był niesamowity widok, a Ariana przecierała oczy ze zdumienia. Zza latarni ponownie wyłonił się anioł i powiedział: „Już niedługo Ariano, już niedługo…’’ Po czym zniknął. Dziewczyna złapała swoją brudną sukienkę w jedną rękę i zaczęła zbierać w nią złote monety. Wydawałoby się, że powinna się cieszyć, a ona płakała. Myślała o swoich rodzicach, o opustoszałej wiosce.

Zabrała tyle monet, ile pomieściła jej suknia. Następnie zaczęła podążać w kierunku palących się pochodni, które same zapaliły się w przedziwny sposób. Korytarz był bardzo długi i kręty. Ariana myślała, że dojdzie do anioła, który prowadził ją całą drogę. Korytarz się skończył, jaskinia też, aż wreszcie wyszła na zewnątrz. Jej oczy ujrzały wioskę jakby z innego świata. Tuż obok niej, za drzewem stały dwa potwory, wyglądem przypominające ogry. Rozmawiały ze sobą: „Odkąd nasz czarnoksiężnik Tojfel kazał sprowadzić ludzi, źle nas traktuje i głodzi.’’ „Masz rację, też mi się to nie podoba.’’ – rzekł drugi.

Zaczęły dzwonić dzwony, wszystkie ogry padły na kolana, a na placu pojawił się czarnoksiężnik Tojfel. Był on ubrany w złotą, lśniącą szatę. Miał długą brodę, przypominał starca. „Ruszać się pasibrzuchy!’’ – krzyknął. „Do roboty gamonie, ludzie kończą robić eliksir, a wy bąki zbijacie, do roboty!!!’’ Na co wszystkie ogry odpowiedziały: „Co rozkażesz my zrobimy, bo Cię panie wielbimy.’’ Czarnoksiężnik zniknął w kłębie dymu. „Tylko nam pracować każe, a jedzenia nam nie pokaże.’’ – rzekł jeden z nich.

Ariana słyszała i widziała to wszystko. Sama nie spodziewała się, że odnajdzie ludzi z wioski i swoich rodziców, na których patrzyła z oddali. Tak bardzo chciała do nich pobiec i ich uściskać, jednak nie mogła, jeszcze nie teraz. Jej rodzice pracowali pod nadzorem ogrów, rozlewali eliksir do butelek. Niestety eliksir działał tylko przy użyciu zaklęcia, które znał tylko Tojfel. Dziewczyna zbliżała się do nich coraz bliżej i bliżej, jednak nie mogła podejść na tyle blisko, aby powiedzieć im, że zna drogę do domu. Powiedziała jednemu z napotkanych ludzi, aby wszyscy, którzy chcą wrócić z powrotem do wioski, zaraz po zmroku przyszli pod najwyższe drzewo. A że było południe nie czekała zbyt długo.

Wszyscy zebrali się bardzo szybko, jej rodzice także. Gdy spostrzegli córkę, radości nie było końca. „Córeczko! Tak bardzo za Tobą tęskniliśmy.’’ – powiedzieli. „Mamo, tato dobry anioł mnie tu do was przywiódł. Znam drogę powrotną przez ukrytą jaskinię, pełną złota. Musicie tylko iść za mną. Dzięki mojej latarni przejdziemy ją nocą!’’ W tym samym czasie ogry zorientowały się, że coś jest nie tak, zarządziły alarm. Ariana zaświeciła latarnię, chcąc wskazać wszystkim drogę. Latarnia rozbłysnęła po raz ostatni całą swoją mocą, a wszyscy ludzie przeteleportowali się z powrotem do wioski. Radość była ogromna, nie wierzyli własnym oczom. Ariana zaniemówiła, stała trzymając w jednej ręce suknię pełną złotych monet, a w drugiej magiczną latarnię. Ludzie krzyczeli: „Niech żyje nasza Ariana, nasz dobry anioł!’’ Od tamtej pory, nikt w wiosce nie zaznał głodu, a Ariana wraz ze swoją „anielską latarnią’’ czuwała nad spokojem wioski.

AMELIA MURZACZ
KL. VI. B
Szkoła Podstawowa im. Mieczysława Romanowskiego w Józefowie

Anioł stróż

Dawno temu żyła sobie rodzina: mama, tata dwóch braci i córeczka. Córka miała na imię Zosia i urodziła się druga, starszy braciszek miał na imię Maciej a młodszy Wojciech i byli kochającym się rodzeństwem, oczywiście każdy miał inne zainteresowania.

Zosia była radosną, spokojną, lubiącą pomagać, sześcioletnią dziewczynką. Jej bracia lubili rozrabiać, głośno się bawić i często się z nią droczyć. Tata pracował na gospodarstwie i prowadził zakład dla chorych zwierząt. Mama zajmowała się domem, dziećmi i pomagała tacie w pracy. Zosia jako sześcioletnia dziewczynka bardzo lubiła chodzić do Kościoła na Mszę św. Zawsze było widać na jej twarzy radość i spokój po modlitwie i Mszy. Któregoś pięknego dnia mama zajrzała do pokoju dziewczynki, która bawiła się pluszakami i z kimś głośno rozmawiała. Mama się zdziwiła, bo w pokoju nikogo nie było, więc zapytała z kim rozmawia? Zosia odpowiedziała, że z Rafałem jej Aniołem stróżem, który do niej często przychodzi bawi się z nią i jej pilnuje, ma piękne włosy jest ubrany na biało, ma skrzydła i bije od niego jasne światło, jest bardzo miły i wesoły. Mama się wystraszyła, że z Zosią jest coś nie tak. Sprawdziła, czy córka nie ma gorączki, ale dziewczynce nic nie było. Wieczorem kiedy tato wrócił do domu, a dzieci już spały, mama opowiedziała ojcu o popołudniowej sytuacji w pokoju Zosi. Postanowili, że jak sytuacja się będzie powtarzać, umówią się na wizytę u dziecięcego psychologa. Rodzice bacznie obserwowali córeczkę, dopytywali panie w przedszkolu, czy czegoś dziwnego nie zauważyły, ale z Zosią wszystko było w porządku. Grzecznie się bawiła, była radosna, uśmiechnięta i jak zwykle chętna do pomocy.

Pewnego dnia mama odebrała Zosię i Wojtka z przedszkola, zapięła w fotelikach samochodowych, wsiadła w samochód i ruszyła w stronę domu, tą samą drogą co zawsze. Zbliżając się do krzyżówki, Zosia poprosiła mamę, aby pojechała inna drogą do domu niż zwykle. Mama się zdziwiła: ,, dlaczego Zosiu”? Dziewczynka odpowiedziała, że obok sklepu po drodze do domu, na tamtej drodze był wypadek i jest bardzo duży korek. Mama się zdziwiła, bo jak jechała po dzieci nic się nie działo, więc zapytała córki, skąd o tym wie. Zosia odpowiedziała, że jej Anioł tak powiedział. Mama się zdziwiła i nie uwierzyła. Po dwóch kilometrach jazdy okazało się, że 10 min temu był wypadek samochodowy i ta droga jest zamknięta. Mama była zaskoczona i zarazem nie wiedziała, co o tym myśleć. Takie przypadki zaczęły się zdarzać coraz częściej. Zosia wiedziała, co dobrego a co złego może się wydarzyć, ale nie mówiła wszystkiego rodzicom, bo zauważyła, że zaczęli na nią dziwnie patrzeć. Tak też się działo a po naradzie rodzice zdecydowali się, aby umówić Zosię do psychologa dziecięcego. Po kilku spotkaniach z pani psycholog powiedziała, że w tym wieku to normalne, dzieci mają ogromną wyobraźnię i że nie ma się czym przejmować, a jeśli chodzi o wypadek to mogła usłyszeć w przedszkolu, jak dorośli rozmawiali na ten temat, jest bardzo inteligentną dziewczynką, jak na swój wiek.

Rodzice się uspokoili, ale ich spokój nie trwał długo. Po paru dniach od wizyty Zosia dostała wysokiej temperatury i bardzo bolał ją brzuch. Rodzice pojechali z Zosią do szpitala a Maćka i Wojtka zostawili u dziadków, którzy mieszkali po drodze. Zosia miała robione badania, bo nie wiadomo skąd wzięły się bóle brzucha i tak wysoka temperatura. Po dokładnych badaniach okazało się, że Zosia zachorowała na nieuleczalną chorobę.

Ośrodek, który zajmuje się podobnymi przypadkami znajduje się w Szwajcarii, więc rodzice natychmiast zdecydowali się na wizytę w specjalistycznym ośrodku. Postanowili, że pojedzie mama, a tata zajmie się domem i dziećmi oraz swoimi obowiązkami, ponieważ to daleko a leki i kuracja jest droga i ktoś musiał pracować, aby Zosia wyszła z choroby.

Po dotarciu do ośrodka, Zosi zrobiono szereg specjalistycznych badań, po których okazało się, że stan Zosi jest ciężki i diagnoza trafna. Lekarze zaproponowali chemię i nowe leki, które są dopiero wprowadzane. Zosia miała coraz większe bóle, zaczęły jej wypadać włosy, ale była spokojna, raczej nie skarżyła się, czasami płakała z bólu w swojej sali szpitalnej, ale tylko wtedy, kiedy była sama, bo nie chciała, aby mama widziała, jak cierpi, choć czasem było ciężko i nie dała rady udawać przed mamą, że jest silna. Mama jednak i tak widziała, jak Zosia cierpi i też ją bolało, że jej ukochana córeczka tak cierpiała. Była na skraju wytrzymania, zaczęła oskarżać Pana Boga, jak może dać cierpieć niewinnemu dziecku. Przestała się modlić, chodzić do szpitalnej kaplicy, czuła jakby ktoś wydarł jej serce i oskarżała o to Boga.

Któregoś dnia do sali Zosi pielęgniarki dostawiły łóżko i przywieźli na wózku ośmioletnią dziewczynkę Sarę. dziewczynki od razu się zaprzyjaźniły. Sara była szczupłą dziewczynką, miała bardzo bladą cerę, zapewne po chemii. Sara chorowała na białaczkę, była niewierząca. Mama Sary zostawiła ją i jej tatę, gdy miała dwa latka. Nazajutrz około południa przyszła pielęgniarka, by zabrać Zosię na chemię i poprosiła dziewczynkę, by zdjęła medalik, Zosia odpowiedziała, że bardzo go lubi i czuję się z nim bezpieczniejsza i nie chce go zdejmować. Wtedy Sara powiedziała, że też by chciała mieć coś takiego, żeby się nie bać. Zosia spokojnie odpowiedziała, że każdy ma swojego Anioła stróża, który nad nami czuwa i można za ich wstawiennictwem prosić o siłę dla rodziców i bliskich, by się nie bali, a sami Aniołowie choć nie każdy je widzi, są zawsze przy nas, uśmiechnęła się do Sary i podarowała jej medalik.

Zosia po chemii czuła się bardzo źle, w dodatku przenieśli ją do izolatki, by nie złapała żadnej infekcji. Była sama, płakała z bólu, wymiotowała. Choć ból był nie do zniesienia, lekarze nic nie mogli zrobić. Zosia zaczęła się modlić i prosić, by Anioł zabrał ją już do nieba, by nie czuła bólu i rodzice nie widzieli, jak cierpi. Po ciężkiej nocy nastał dzień. Zosia czuła się lepiej a po paru tygodniach wyniki się troszkę poprawiły i dziewczynka dostała przepustkę na parę dni do domu. Wszyscy się bardzo cieszyli z powrotu Zosi i mamy. Zosia spędzała czas w domu, patrząc przez okno, jak bracia się bawią i grają w piłkę. Przybiegł Maciek i poprosił mamę, by Zosia pobawiła się troszkę z nimi na dworze jak kiedyś, tylko na pół godziny. Mama się zgodziła, widząc, jak chłopcy stęsknili się za siostrą, a dziewczynka miała lepsze dni.

Maciek zaproponował, że pohuśta Zosię na huśtawce. Dziewczynka się zgodziła, dzieci się bawiły, było słychać śmiechy jak dawniej. Zosi raptownie zakręciło się w głowie i spadła z huśtawki na ziemię, uderzając głową w kamień, straciła przytomność. Maciek wystraszony zaczął wołać mamę, wezwano karetkę, wszyscy byli przerażeni, zrozpaczeni, bo dziewczynka nie odzyskiwała przytomności.

W szpitalu, patrząc jak lekarze biegają, rodzina zrozpaczona, załamana mama sama padła na kolana i zaczęła się modlić, wtedy do niej podeszli synkowie i też uklękli do modlitwy, dołączył tata, dziadkowie a nawet kilka znajomych pielęgniarek, nikt się nie przejmował i wstydził, że na środku korytarza każdy w cichości serca modlił się o zdrowie Zosi. Nad ranem Zosia się obudziła. czuła się lepiej. Okazało się, że dziewczynka nabiła sobie tylko guza. Lekarze zostawili ją na dwa dni obserwacji, dziewczynka miała apetyt i nic jej nie bolało.

Zosia została wypisana do domu. W domu dziewczynka zachowywała się normalnie, nic nie wskazywało na to, by coś jej dolegało, nie upomniała się o leki przeciwbólowe, bawiła się i była radosna. Po dwóch tygodniach spędzonych w domu Zosia z mamą musiały wracać do Szwajcarii do ośrodka. Tam po zrobieniu dokładnych badania okazało się, że Zosia jest całkowicie zdrowa i nic jej nie dolega. Lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. Mama z niedowierzaniem zaczęła wszystkim dziękować, płakać ze szczęścia i się radować. Wtedy Zosia powiedziała, że ona wiedziała, że będzie wszystko dobrze. Mama się bardzo zdziwiła.

Skąd wiedziałaś? – zapytała córeczki. Zosia powiedziała, że gdy straciła przytomność spadając z huśtawki, przyszedł do niej Anioł Rafał i powiedział, że będzie wszystko dobrze i że już nie będzie cierpieć. Zosia od tamtej pory nie chorowała, a mama zrozumiała, że jej wiara była zbyt płytka niż jej córki Zosi, w modlitwę i wiarę w Boga, a szczególnie anioły, które czuwają nad nami i zanoszą nasze prośby do Boga.

Wieść się szybko rozeszła o uzdrowieniu Zosi. Po powrocie do domu czekał na nią list od Sary, która po otrzymaniu medalika zaczęła się modlić. Jej ulubią modlitwą jest modlitwa do Michała Archanioła, dzięki której się nie boi. Okazuje się, że jej wyniki też się poprawiają i bardzo dobrze rokują, że wyjdzie ze swojej choroby. Obecnie szykuje się do przyjęcia sakramentu chrztu w kaplicy szpitalnej.

Kalina Korepta kl. 6 b
Szkoła im Mieczysława Romanowskiego w Józefowie

CZY ANIOŁY ISTNIEJĄ?

Mam na imię Adam właśnie zaczęły się wakacje. Radość z wolnego czasu i plany co będę robił przez te dwa miesiące. Razem z Krzyśkiem i Kubą idziemy na pizzę, aby świętować ten radosny dzień dla nas. Nikt już nie myśli o książkach czy sprawdzianach. Ale przygody z tych wakacji zapamiętałem bardzo dobrze.

Mój kolega Krzysiek to zawzięty gitarzysta, uwielbia grać na ogniskach. Krzysiek zaproponował, abyśmy w pierwszą sobotę wakacji rozstawili namioty u niego na podwórzu, a mieszkał on blisko lasu. Mieliśmy zrobić ognisko i opowiadać straszne historie. Krzysiek chciał sprawdzić, który z nas pierwszy zwieje do domu. Na początku Kuba coś mamrotał, że mu mama nie pozwoli, ale ja powiedziałem, że się boi i wypiszemy go z naszej paczki. W końcu rodzice się zgodzili i miał nadejść ten wielki wieczór dla nas. Namioty były rozstawione, drzewo na ognisko przygotowane. Początek był całkiem niewinny. Piekliśmy kiełbaski a Krzysiek zaczął grać na gitarze. Koło godziny 23.45 Krzysiek wpadł na pomysł wywoływania duchów. Ja i Kuba na początku trochę mieliśmy stracha, ale oczywiście Krzysiek nie odpuszczał i powiedział, że nadajemy się na dziewczynki. Zgodziliśmy się, usiedliśmy blisko ogniska. Krzysiek był tym, co prowadził . Już nawet nie pamiętam, co on dokładnie mówił, ale ostatnie słowa brzmiały: Przyjdź DO NAS. I nagle drzewa zaczęły szumieć, a płomień nasze ogniska przygaszać. Ale mieliśmy stracha, nie wiedziałem, co mam robić. Pewnie bym uciekł, ale moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Miny Krzyśka i Kuby i przerażenia w ich oczach nigdy nie zapomnę. Przed nami stanął nie duch a Anioł. Wyglądał zupełnie jak my, chociaż był taki blady i jakby przezroczysty i miał skrzydła takie białe jak ptak tylko większe, dużo większe. Przecieraliśmy oczy, bo myśleliśmy, że mamy zwidy. Zaczął do nas mówić, abyśmy się nie bali i że nie zrobi nam krzywdy. Gdy się w końcu uspokoiliśmy opowiedział nam swoją historię. Że ma na imię Jasiek i nawet jest w podobnym wieku co my. Opowiedział nam, że wędruje po świecie i szuka osoby, aby pomogła mu wrócić do nieba. Opowiedział nam, że gdy przelatywał ze swoim opiekunem starszym Aniołem, zgubił się i gdy lądował w lesie, przewrócił się i złamał skrzydło. Spytał, czy pomożemy mu wrócić do domu, bo bardzo tęskni za swoim światem. Ale my? Co możemy zrobić, przecież on jest Aniołem a my zwykłymi chłopcami. Powiedział, że jak zaczniemy wykonywać dobre uczynki bezinteresownie przypadkowym ludziom to jego skrzydło odzyska moc i nastąpi magiczne uzdrowienie i wtedy będzie mógł wrócić do swoich. Wydało nam się to proste. Następnego dnia razem z Krzyśkiem, Kubą no i oczywiście Jaskiem, którego widzieliśmy tylko my, wybraliśmy się do miasteczka pomagać ludziom. Ten dzień był bardzo pracowity. A to pomogliśmy starszej Pani zanieść zakupy, sklepikarzowi rozładować warzywa i wiele innych uczynków. Skrzydło Jaśka z każdym dobrym uczynkiem wyglądało coraz lepiej. Im bardziej się staraliśmy, widzieliśmy jak skrzydła Jaśka zaczynają bić blaskiem . I wtedy widzieliśmy, że nasza praca nie idzie na marne. W pewnym momencie zobaczyliśmy, jak nasz Anioł Jasiek się unosi. Podziękował nam za pomoc i powiedział, że nigdy o nas nie zapomni i będzie zerkał na nas jak sobie radzimy. A na koniec dodał, abyśmy zapamiętali, że dobre uczynki mogą zdziałać cuda.

Nasza historia wydaje się być głupim opowiadaniem, może mało kto nam wierzy. Ale mnie to spotkanie było wspaniałą lekcję życia. Nie wiemy, kiedy możemy spotkać Anioła.

Damian Ostasz

Anielskie Zadania

Dawno, dawno temu żyła sobie rodzina Krakowskich. Nie była to bogata rodzina, żyła w biedzie. Mieszkali w małej, drewnianej chatce. Rodzice nie mieli pracy, często głodowali. Pewnego dnia odwiedził ich Anioł.

– Pomogę wam, ale musicie wykonać pięć zadań – powiedział Anioł.

– Jasne! Wszystko, żeby żyło nam się lepiej – odpowiedzieli.

– Pierwsze zadanie polega na znalezieniu sześć kawałków maski, które poukrywałem w waszym domku.

Rozdzielili się. Timmy poszedł szukać w ogrodzie, Chloe w szopie, a mama z tatą w domu. Pierwsze dwa kawałki znaleźli rodzice i poszli pomóc Timmy'emu. Chloe odszukała kolejne. Mama, tata i Timmy podbiegli do Chloe.

– Mamy wszystkie! – krzyknęli.

– Dajcie mi je – powiedział Anioł.

– Możesz podać drugie zadanie? – spytał Timmy.

– Tak, jasne. Drugie zadanie polega na odnalezieniu trzech kluczy do groty szczęścia.

Wszyscy poszli na strych.

– Mamo, tu jest ciemno, a ja boje się ciemności – powiedziała Chloe.

– Jasne córciu, proszę, trzymaj latarkę – odpowiedziała mama.

Po chwili tata znalazł tajemniczą skrzynkę.

– Ej, mam tu coś! – krzyknął.

Wszyscy się zbiegli.

– Czy w tej skrzynce są klucze? – zapytał Timmy.

– Nie wiem – odpowiedział tata.

– To na co czekamy, otwórzmy ją – krzyknęła Chloe.

W skrzynce były klucze do groty. Podeszli do Anioła.

– Znaleźliśmy klucze – powiedzieli.

– Dobrze, trzecie zadanie polega na pójściu do groty szczęścia – odpowiedział.

– A gdzie ona się znajduje? – spytali.

– Musicie się udać do lasu, który znajduję się nie daleko kościoła – odpowiedział.

Poszli. Po piętnastu minutach znajdowali się przed lasem.

– Mamo, boję się – Powiedział Timmy.

– Spokojnie Timmy, nie ma się czego bać – odpowiedziała.

Weszli do lasu. Szli dwadzieścia minut i usłyszeli dziwny odgłos.

– C-co t-to j-jest?! – Powiedziała przerażona Chloe.

– Nie wiemy, może to jakieś zwierzę – odpowiedzieli rodzicie.

,,Czuję, że będą kłopoty'' – Pomyślał tata.

Po piętnastu minutach wyskoczył przed nich lis.

– O NIE! – krzyknęli wszyscy.

– Spokojnie, nic wam nie zrobię, chcę was zaprowadzić do groty szczęścia – powiedział lis.

I poprowadził ich. Przed bramą zauważyli trzy różne kłódki.

– W którą kłódkę mam włożyć klucz? – spytał tata.

– W te kłódki po lewej pierwszy i trzeci klucz, a po prawej drugi klucz – odpowiedział lis.

Gdy weszli, pojawił się przed nimi Anioł.

– Bardzo dobrze, teraz musicie przejść labirynt, ale nie będzie to takie proste, ponieważ labirynt jest bardzo długi – powiedział Anioł.

– Nie poddamy się! – krzyknęli.

Po trzydziestu minutach przeszli ćwierć labiryntu.

– Mamo, tato, długo jeszcze? – wysapały dzieci.

– Nie wiemy – odpowiedzieli rodzice.

Po godzinie byli przed końcem labiryntu, a wtedy pojawił się Anioł.

– Uważajcie na pułapki, które znajdują się po wyjściu z labiryntu – powiedział Anioł'

– Dobrze, dziękujemy za ostrzeżenie – powiedzieli.

Gdy wyszli z labiryntu, zauważyli mapę z czerwonymi i zielonymi punktami.

– Te czerwone punkty pewnie oznaczają pułapki – powiedzieli rodzice.

– A jak my je ominiemy? – spytały się dzieci.

– Nie wiem, musimy wierzyć w siebie – odpowiedzieli.

Przeszli bezpiecznie przez wszelkie pułapki. Pojawił się Anioł.

– Słuchajcie to już piąte zadanie, a polega ono na przepłynięciu dziesięciokilometrowego stawu, więc musicie zbudować tratwę z rzeczy, które tam zostawiłem.

– Dobrze – odpowiedzieli.

Przed stawem zauważyli różne deski, linki.

Trzy godziny budowali tratwę.

– Uff, nareszcie skończyliśmy – powiedzieli z ulgą.

Płynęli półtorej godziny.

– Nie mamy już siły – Powiedziały zmęczone dzieci.

– Nie poddawajmy się, jeszcze tylko pół stawu – Powiedział tata.

Dopłynęli do brzegu po dwóch godzinach.

– Nareszcie! – krzyknęły dzieci.

Poszli dalej. Wtem na ich drodze pojawił się Anioł.

– Gratulacje, wykonaliście pięć zadań. Musiałem sprawdzić, czy będziecie razem współpracować i wspomagać się w trudnych chwilach. Zdaliście test. Teraz chodźmy do waszego nowego domu – powiedział Anioł.

– Dziękujemy! – powiedzieli wszyscy.

Na widok nowego domu wzruszyli się, dzieci od razu pobiegły obejrzeć swoje śliczne pokoje. Teraz mogli spać wygodnie i bezpiecznie. Od tego czasu ich życie zmieniło się na lepsze.

Rodzice znaleźli dobrze płatne prace.

Autor: Jakub Bednarczyk kl. Va
Wychowawca: Małgorzata Rabiega
Szkoła podstawowa im. Mieczysława Romanowskiego w Józefowie
Kl.VII SP Józefów

Baśń o „Aniele Opiekunie, Małgosi i diable Luperze”

Dawno temu, za siedmioma górami mieszkała Małgosia wraz z rodzicami. Żyli sobie na wsi jak co druga rodzina. Ich dom odróżniał się tym od innych bo był w kształcie muszli ogromnej. A przez to śmiało mógł pomieścić dwie rodziny, takie jak jej rodzina wtedy. Gdy wiały silne wiatry na dworze, to w ich chacie słychać było różne odgłosy tj: kołysanki, pieśni wesołe i różne nieznane dotąd melodie.

Pewnego razu wieczorem Małgosia położyła się spać. Wtem piękny biały „Anioł Opiekun” przed nią staną. W dłoniach miał skrzypce i uśmiechnął się do niej. Powiedział tak:

– jestem Twoim opiekunem, zagram na tym instrumencie i spełnię twoje największe marzenie. Chcę żebyś była przez to zadowolona i spełniona.

A ona na to

– chcę być baletnicą najlepszą z najlepszych, zdobyć światową sławę i być primabaleriną. Wtedy to spełniło by się moje największe marzenie.

Anioł powiedział jej tak:

– musisz teraz dbać o siebie, masz być silna , sprawna i zdrowa. Przed Tobą całe życie a drogi twoje będą proste jak i kręte, diabeł Luper będzie chciał Ci przeszkodzić i pomieszać szyki. Ja będę czuwał stale i opiekował się aby wszystko było dobrze.

Po chwili obudziła się ze snu dziewczyna. Na dworze świta już, patrzy jeszcze przez okno i myśli: był sen o „Aniele Opiekunie” a jego już nie ma, zostały wspomnienia.

Małgosia z baletem była już od dziecka, tańczyła zwiewnie i lekko. Była w tym kierunkuj utalentowana. Anioł dalej czuwał wciąż prowadził ja do celu każdego dnia.

Diabeł to zły duch, polał na parkiecie oliwę , by nieszczęście stało się. Ona tańczyła, poślizgnęła się i upadła, złamała w dwóch miejscach nogę. „Anioł Opiekun” już był przy niej, dał jej maść, posmarował na chorą zranioną nogę. Podziałała w mig szybko pomogło, Małgosia zrozumiała, światem rządzi dobro i zło. Następnej nocy dziewczynie przyśnił się diabeł i mówi do niej tak:

– balet rzuć, on jest niebezpieczny, męczący i wyczerpujący, wezmę Ciebie do siebie, posłuchaj się mnie, spytał ją diabeł.

Chciał ją diabeł do siebie za wszelka cenę. I długo nie czekając w złą postać przemienił jej najlepszego kolegę. On miał to na złą drogę dziewczynę zwieść. Chłopiec pod jego wpływem zła nalał jej soku z bzu, ona wyczuła w porę niebezpieczeństwo, wypluła ten sok co diabelski był, anioł podświadomie ostrzegł ja. Jak zrozumiała potem przez to, ze jej przyjaciel pod złymi mocami był.

Małgosia zaufała” Aniołowi Opiekunowi”, poszła do sławy prostą już drogą. Zasadzki diabelskie dobrze zniosła . Anioł opiekował się nią, wspierał na co dzień i dobrze jej zawsze życzył, zło w dobro się obróciło. Małgosia została primabaleriną. Wszyscy ludzie na wsi ją lubili, bo była skromna i była przykładem dobrego człowieka. Miała dobre serce, pomagała słabszym. A pamięć o niej w tej okolicy trwa po dzień dzisiejszy.

Zofia Rorat

Anioły w Wilnie na Rossie

Moja Mama lubiła śpiewać . Niektóre piosenki często powtarzała. Jako dziecko słuchałam pilnie tych rzewnych melodii i słowa niektórych pamiętam do dziś.

Nie płacz miła , nie płacz Luba
bo niedziela tuz
a w niedzielę w imię Boga
będziesz moją już

Przyjdą druhny z bukietami
I weźmiemy ślub,
a gdy oboje pomrzemy
złożą w jeden grób.

Na Cmentarzu czy w Kościele
będziem cicho spać.
Aż nas Anioł trąbą zbudzi
I rozkaże wstać.

Słowa tej piosenki przypomniałam sobie będąc na wycieczce w Wilnie. Właśnie przyszło nam nawiedzić Cmentarz na Rossie. Pani przewodnik zebrała grupę przed wejściem na tę Nekropolię i podała nam krótką historie powstania tego obiektu. Poleciła też, aby przy zwiedzaniu zwrócić uwagę na fakt, że motywem przewodnim na tym Cmentarzu są Anioły śmierci. Tu podała kilka nazwisk wykonawców nagrobków oraz nazwy ich pracowni. Rzeczywiście motyw Anioła powtarza się tu często. Figury przedstawiają postaci pełne powagi, dostojeństwa i tajemniczości. Przy uważnym zwiedzaniu wprost przemawiają do turysty. A niech jeszcze wiatr traci gałązkę, poruszy kwiatkiem lub zaszeleści wśród liści między mogiłami, to zdało mi się, że Anioły szepczą między sobą lub objaśniają sytuację Duchom zmarłych, spoczywających w grobach. Wrażenie niesamowite i właśnie wtedy pomyślałam, że być może stanie się tak, jak w piosence, gdy przyjdzie Dzień Sądu Ostatecznego. Anioły zejdą z pomników, obudzą zmarłych i poprowadzą ich Dusze przed Oblicze Najwyższego.

Zachowałam w albumie zdjęcie z wycieczki. Ile razy przeglądam pamiątki, powyższe refleksje wracają, a ja jestem przekonana, że tam rzeczywiście spotkałam Anioły.

Antonina Podolak

„Przygoda Andersa”

Dawno, dawno temu w pewnej krainie żył sobie mały chłopiec. Jednak nie był on do końca zwykłym dzieckiem. Był aniołem. Nazywał się Anders. Mieszkał sam w chatce w pobliżu gęstego lasu. Dookoła siebie miał samą przyrodę, innymi słowy mieszkał na odludziu.

Jego dom był zamieszkały przez zwierzęta, które bardzo kochał. Troszczył się o nie, jakby były jego dziećmi. Nie były to jednak zwykłe zwierzęta. Umiały one mówić. Przepełnione radością życie mijało, lecz wydarzyło się coś strasznego… Pewnego dnia , jak co dzień wstał, nakarmił zwierzęta i udał się do lasu na długi spacer. Było wcześnie rano, ptaszki śpiewały, słyszał szum rzeki. Powietrze było wilgotne. Nic nie zapowiadało tego, co się wkrótce miało wydarzyć…

Spacerował sobie, idąc wzdłuż rzeki, oddychając głęboko. Nagle niebo zachmurzyło się, więc zawrócił w kierunku domu. Zaczął wiać strasznie silny wiatr, drzewa szumiały niepokojąco. Fale na rzece były coraz większe. W pewnym momencie stracił równowagę i wpadł do wody. Silny prąd porwał go, a on bezskutecznie usiłował wydostać się na ląd. Fale co chwilę przykrywały go i ciągnęły w dół. Kiedy już zaczął opadać z sił, wydarzyło się coś niezwykłego. Usłyszał jakiś głos i poczuł, jak coś chwyciło go za rękę. Stracił przytomność. Poranne promienie słońca obudziły go. Nie wiedział jak długo leżał nieprzytomny niedaleko rzeki. Zaczął rozglądać się dookoła za swoim wybawcą, lecz nikogo już tam nie było. Czuł się bardzo osłabiony. Lecz postanowił powoli wrócić do domu. Gdy już tam dotarł zobaczył swoje bardzo zaniepokojone zwierzęta, którzy ucieszyli się na jego widok. Powoli odzyskawszy siły opowiedział im wydarzenia, które miały miejsce tamtego dnia. Były zszokowane. Stwierdziły, że razem spróbują odnaleźć wybawcę Andersa. Mimo wielu prób i poszukiwań nie znaleźli go. Jak się później okazało, nawet nie musieli szukać, bo niedługo sam się znalazł…

Tydzień po tym wydarzeniu, Anders zbierając grzyby w lesie zobaczył jakąś postać. Było to dla niego szokiem, bo nigdy nie rozmawiał z człowiekiem. Starszy pan zapytał go, czemu jest sam w tak ogromnym lesie. Anders nie wiedział, co odpowiedzieć. Po dłuższym namyśle odpowiedział mu, zgodnie z prawdą, że zbiera grzyby. Miał nadzieję, że to załatwi sprawę i będzie mógł sobie pójść, lecz tak się nie stało. Następne pytanie tamtego człowieka totalnie odebrało mu mowę. Zapytał go bowiem, gdzie są jego rodzice. Anders odpowiedział mu, że nie ma wyjścia i musi się ujawnić. Olśniewająca jasność i bijący blask prawie oślepiła starszego człowieka, aż ciężko mu było cokolwiek zobaczyć. Anders powoli rozwinął skrzydła. Podleciał na wysokość kilku metrów i rzekł: jestem aniołem. I zniknął. Starszy człowiek z niedowierzaniem ciągle patrzył w te miejsce. Od tamtego wydarzenia minęło kilka miesięcy. Starszy pan uwierzył, że mały chłopiec, którego uratował był aniołem. Wielokrotnie chodził do tego lasu ale nigdy już go nie ujrzał.

Anders spełnił swoją tajną ziemską misję i wrócił do zastępów aniołów.

Dominika Oleszczak, kl. VIII
SP Majdan Nepryski

„Vicky”

Dawno, dawno temu Bóg stworzył pewną uroczą istotę. Była to dziewczynka. Miała na imię Victoria i była aniołem w ludzkiej skórze.

Kiedy anielica była mała, była piękną blondynką o brązowych oczach. Rodzice zawsze mówili jej, że wygląda jak księżniczka. Uwielbiała też pomagać ludziom. Od samego początku swojego istnienia wywoływała uśmiech na twarzach bliskich. Zawsze nosiła łańcuszek z krzyżykiem. Dawał on jej siłę do walki ze złem.

Viktoria wyrosła na piękną kobietę. Miała już osiemnaście lat i mnóstwo przeżyć za sobą. Z wiekiem jej włosy pociemniały i stały się brązowe. Oczy pozostały tak samo piękne jak wcześniej. Nie zmieniło się też to, że uwielbiała pomagać i nadal miała łańcuszek. Z czasem pojawiły się nowe umiejętności, takie jak latanie czy przewidywanie zła.

Pewnego słonecznego dnia anielica przewidziała cos okropnego – rudowłosa dziewczyna będzie bita, wyzywana i zastraszana przez barczystego chłopaka. Całe zdarzenie miało mieć miejsce w stajni. Vicky szybko poleciała w to miejsce i bez zbędnego czekania wparowała do pomieszczenia. Zobaczyła ten sam widok, który przewidziała.

– Zostaw ją! – krzyknęła.

Chłopak dopiero teraz ja zauważył. W jego oczach było widać strach. Momentalnie odwrócił się w kierunku wyjścia i wybiegł ze stajni. Victoria sprawdziła, czy rudowłosej nic się nie stało. Jak się okazało miała na imię Mili.

W przeciągu następnych kilkudziesięciu minut dziewczyna znowu coś przewidziała. Był to ten sam chłopak co poprzednio. Teraz bił i wyzywał się z jakimś chłopakiem przy lesie, nieopodal stajni. Vicky wzięła nogi za pas i zaraz była ma miejscu. Chłopcy przerwali szarpaninę i popatrzyli na anielicę. Szatyn, który wcześniej był przerażony, kiedy ją zobaczył, teraz miał na twarzy szyderczy uśmiech. Powoli zbliżał się do niej, a kiedy był wystarczająco blisko zerwał z jej szyi krzyżyk. Victoria czuła się osłabiona. Teraz wiedziała, że to on ma przewagę. Pod powiekami zbierały jej się łzy. Szatyn złapał ja za ramiona, aby nie mogła się szarpać. Ona wiedziała, że chciał zrobić jej coś złego. W pewnym momencie zaczęło bić od niej światło. Była to łuna nadziei. Zaś od chłopaka biła ciemna, wręcz czarna łuna nienawiści. Wyglądali jakby ze sobą walczyli. W pewnym momencie jasna łuna nadziei ogarnęła ich oboje a chłopak upadł na kolana. Victoria stała jak sparaliżowana. Szatyn uniósł wzrok.

– Dziękuję… Uwolniłaś mnie – powiedział i stanął na nogach.

Jessica Czerniak, kl. VII
S.P. Majdan Nepryski

Godziny pracy:
Poniedziałek 8:00 - 16:00
Wtorek 8:00 - 17:00
Środa 8:00 - 17:00
Czwartek 8:00 - 17:00
Piątek 8:00 - 17:00
Sobota 8:00 - 15:00

MODERNIZACJA - REMONT MBP w Józefowie realizowana jest w ramach Programu Wieloletniego Kultura+ Priorytet Biblioteka+ Infrastruktura bibliotek

Miejska Biblioteka Publiczna w Józefowie otrzymała dofinansowanie ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury 2019, w ramach programu Partnerstwo dla Książki, na realizację projektu ROZTOCZAŃSKIE ANIOŁY KOCHAJĄ KSIĄŻKI